niedziela, 23 września 2007

Wspomnień z wakacji ciąg dalszy

W pierwszy dzień wakacji w Ciechanowie zebrała się moja klasa z ogólniaka. Wszystko dzięki Kiełkowi i Joli, którzy w lutym wpadli na pomysł spotkania i rozpuścili wici po reszcie klasy, którą porozrzucało po Polsce i świecie.

A samo spotkanie było fenomenalne. Pojawiło się na nim ponad 20 osób. I prawie wszyscy świetnie się bawiliśmy.




No, prawie wszyscy...

Jeden z imprezowiczów, jak na większości spotkań w ciągu ostatnich paru lat, szybko spił się niemiłosiernie i ozdobił część posadzki zjedzonym wcześniej jedzeniem. Jeszcze przed północą został zabrany przez żonę do domu.

Nie była to zresztą pierwsza impreza, którą biedaczysko zakończył w takich okolicznościach. Prawdę mówiąc, w ostatnich 5 latach niewiele spotkań przy ognisku czy grillu oraz zabaw sylwestrowych przetrwał do końca. Nic dziwnego, skoro jego obecność na spotkaniach z przyjaciółmi ogranicza się do chęci szybkiego i kompletnego upicia się.

Od kiedy wyprowadziłem się z mojego rodzinnego miasteczka, obaj spotykamy się coraz rzadziej, ale i tak mam wrażenie, że facet ma obecnie kłopoty i z alkoholem i ze sobą.

Szkoda że piszę to o kimś, kto jeszcze 5 lat temu był bliskim mi przyjacielem. Chciałoby się wrócić do czasów, kiedy całe dnie spędzaliśmy na grze w piłkę, a wieczory na długie rozmowy. Boli mnie, że on był w stanie odwiedzić mnie przez ostatnie 5 lat w Gdańsku tylko raz (i to na zaledwie parę godzin), podczas kiedy ja przyjeżdżałem do niego dziesiątki razy.

Smutne to, ale nie mogę oczekiwać od kogoś o tak kruchej psychice, słabej woli i licznych kompleksach, że będzie w stanie walczyć o przyjaźń mimo dzielącej nas odległości. Jedyne co pozostało, to masa fajnych wspomnień.

Fuck it. The Show Must Go On.

2 komentarze: