A samo spotkanie było fenomenalne. Pojawiło się na nim ponad 20 osób. I prawie wszyscy świetnie się bawiliśmy.

No, prawie wszyscy...
Jeden z imprezowiczów, jak na większości spotkań w ciągu ostatnich paru lat, szybko spił się niemiłosiernie i ozdobił część posadzki zjedzonym wcześniej jedzeniem. Jeszcze przed północą został zabrany przez żonę do domu.
Nie była to zresztą pierwsza impreza, którą biedaczysko zakończył w takich okolicznościach. Prawdę mówiąc, w ostatnich 5 latach niewiele spotkań przy ognisku czy grillu oraz zabaw sylwestrowych przetrwał do końca. Nic dziwnego, skoro jego obecność na spotkaniach z przyjaciółmi ogranicza się do chęci szybkiego i kompletnego upicia się.
Od kiedy wyprowadziłem się z mojego rodzinnego miasteczka, obaj spotykamy się coraz rzadziej, ale i tak mam wrażenie, że facet ma obecnie kłopoty i z alkoholem i ze sobą.
Szkoda że piszę to o kimś, kto jeszcze 5 lat temu był bliskim mi przyjacielem. Chciałoby się wrócić do czasów, kiedy całe dnie spędzaliśmy na grze w piłkę, a wieczory na długie rozmowy. Boli mnie, że on był w stanie odwiedzić mnie przez ostatnie 5 lat w Gdańsku tylko raz (i to na zaledwie parę godzin), podczas kiedy ja przyjeżdżałem do niego dziesiątki razy.
Smutne to, ale nie mogę oczekiwać od kogoś o tak kruchej psychice, słabej woli i licznych kompleksach, że będzie w stanie walczyć o przyjaźń mimo dzielącej nas odległości. Jedyne co pozostało, to masa fajnych wspomnień.
Fuck it. The Show Must Go On.
Czy to boisko powinno mi się wydawać znajome?
OdpowiedzUsuńTak, to boisko które widać z mojej sypialni :)
OdpowiedzUsuń