W sierpniu Monika i ja wyjechaliśmy do Irlandii na długo oczekiwaną podróż poślubną. A ja wreszcie spotkałem się z ojcem, który od trzech lat pracuje i mieszka w Ulsterze.
Przez 2 tygodnie przemierzyliśmy wzdłuż i w szerz całą Irlandię Północną. Poznaliśmy jej największe atrakcje - słynną Giant's Causeway, Belfast, parki krajobrazowe, ruiny zamków. Spacerowaliśmy po skalistym wybrzeżu Atlantyku, a wieczorami odpoczywaliśmy w domu, rozmawiając i sącząc irlandzką whiskey.
Udało się nam też nakręcić parę filmów ze wspólnych wypraw.
Poza przepiękną przyrodą Zielonej Wyspy, urzekają też ludzie - weseli, otwarci i bardzo gościnni. Dopiero spacerując ulicami Ballymeny, Coleraine i Port Stewart, zdałem sobie sprawę z tego, jak wiele na polskich ulicach jest zmęczonych, smutnych, czasem pełnych agresji twarzy.
Duże wrażenie wywarły na mnie irlandzkie drogi, praktycznie pozbawione skrzyżowań. Wszędzie ronda! Nawet w najmniejszych wioskach miejsca przecięcia się dróg na środku namalowane są okręgi i - co również w Polsce byłoby nie do pomyślenia - miejscowi kierowcy respektują te oznaczenia!
środa, 26 września 2007
poniedziałek, 24 września 2007
Wspomnienia z wakacji - ciąg dalszy ciągu dalszego
Paweł, Rafał i Karolina poza zwiedzaniem Gdańska i emocjami piłkarskimi, postanowiliśmy też spróbować swoich sił na gokartach.
Efekty poniżej....
Efekty poniżej....
Zeszły tydzień - szkolenie w Łodzi
Poprzedni tydzień spędziłem w Łodzi na "przyuczeniu do zawodu".
Po godzinach ciężkiej orki udawało mi się znaleźć trochę sił na zwiedzanie miasta.
Jak wygląda Łódź?

Tynk na większości kamienic w mieście pamięta pewnie czasy małej stabilizacji za Gierka. Na mieście tramwaje jeżdżą, a raczej wloką się w korkach między samochodami samym środkiem ulicy, przez co jazda komunikacją miejską traci jakikolwiek sens.
A spacer chodnikiem to slalom pomiędzy zaparkowanymi samochodami i psimi kupami.

Podczas pierwszego wyjazdu do Łodzi 2 tygodnie temu jeden z moich nowych kolegów został napadnięty w okolicach dworca Łódź Kaliska, co nie najlepiej świadczy o bezpieczeństwie w mieście, ale też o inteligencji miejscowych opryszków - kto napada faceta o masie ponad 90 kg i wzroście 190 cm? Ostatecznie skończyło się na tym, że kolega musiał tłumaczyć przed wezwanym przez kogoś patrolem policji, że był ofiarą, a nie napastnikiem.
Tym razem chcąc uniknąć co bardziej agresywnych tubylców, wspólnie ze znajomymi zamówiliśmy taksówkę. I tutaj kolejna niespodzianka - taksówkarz po przyjeździe na stację kolejową, opierdolił nas za ilość bagaży! A myślałem, że już mnie nic w Łodzi nie zaskoczy.
Na szczęście hotel w którym nas ulokowano okazał się być rewelacyjny. Wygodne pokoje z kablówką, smaczne śniadania, pub z super obsługą i piwem w rozsądnej cenie.
A poza tym sauna i siłownia, gdzie wspólnie ze znajomymi wpadaliśmy każdego wieczora.

Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował swoich sił na bieżni - codziennie przebiegałem 6 kilometrów, dzięki czemu po powrocie do pokoju spałem jak dziecko. I w ciągu zaledwie tygodnia poprawiłem swój czas z ok.35 minut do 31:19.
Za tydzień schodzę poniżej 30 minut.
Po godzinach ciężkiej orki udawało mi się znaleźć trochę sił na zwiedzanie miasta.
Jak wygląda Łódź?

Tynk na większości kamienic w mieście pamięta pewnie czasy małej stabilizacji za Gierka. Na mieście tramwaje jeżdżą, a raczej wloką się w korkach między samochodami samym środkiem ulicy, przez co jazda komunikacją miejską traci jakikolwiek sens.
A spacer chodnikiem to slalom pomiędzy zaparkowanymi samochodami i psimi kupami.
Podczas pierwszego wyjazdu do Łodzi 2 tygodnie temu jeden z moich nowych kolegów został napadnięty w okolicach dworca Łódź Kaliska, co nie najlepiej świadczy o bezpieczeństwie w mieście, ale też o inteligencji miejscowych opryszków - kto napada faceta o masie ponad 90 kg i wzroście 190 cm? Ostatecznie skończyło się na tym, że kolega musiał tłumaczyć przed wezwanym przez kogoś patrolem policji, że był ofiarą, a nie napastnikiem.
Tym razem chcąc uniknąć co bardziej agresywnych tubylców, wspólnie ze znajomymi zamówiliśmy taksówkę. I tutaj kolejna niespodzianka - taksówkarz po przyjeździe na stację kolejową, opierdolił nas za ilość bagaży! A myślałem, że już mnie nic w Łodzi nie zaskoczy.
Na szczęście hotel w którym nas ulokowano okazał się być rewelacyjny. Wygodne pokoje z kablówką, smaczne śniadania, pub z super obsługą i piwem w rozsądnej cenie.
A poza tym sauna i siłownia, gdzie wspólnie ze znajomymi wpadaliśmy każdego wieczora.
Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował swoich sił na bieżni - codziennie przebiegałem 6 kilometrów, dzięki czemu po powrocie do pokoju spałem jak dziecko. I w ciągu zaledwie tygodnia poprawiłem swój czas z ok.35 minut do 31:19.
Za tydzień schodzę poniżej 30 minut.
niedziela, 23 września 2007
Wspomnienia z wakacji - przyjazd przyjaciół
Na początku lipca odwiedzili mnie Paweł i Rafał z Karoliną. Świetnie się razem bawiliśmy, zwiedzając 3miasto. Starczyło nawet czasu na małe rozgrywki piłkarskie, które zasłużenie wygrał Paweł.
Mecze "jeden na jednego" graliśmy do strzelenia określonej liczby bramek - w rundzie pierwszej do 3, w rewanżowej do 2.
Pierwszy mecz Paweł wygrał z Rafałem 3:0. Wynik nie oddaje do końca przebiegu gry - Rafał okazał się wymagającym rywalem. Zabłysnął też kilkoma bardzo ciekawymi sztuczkami technicznymi.
O zwycięstwie Pawła zdecydowały przede wszystkim większe wyrachowanie w wykorzystywaniu sytuacji podbramkowych oraz bezbłędna obrona.
W drugim meczu Rafał, podmęczony walką z Pawłem, zagrał ze mną. Ostatecznie udało mi się wygrać spotkanie 3:2, chociaż równie dobrze to Rafał mógłby się cieszyć ze zwycięstwa.
W trzecim spotkaniu Paweł i ja graliśmy przeciwko sobie. Doskonale znamy swoje silne i słabe strony, dlatego przez bardzo długi czas żaden z nas nie mógł strzelić gola. Ostatecznie udało mi się wygrać mecz 3:2 i po pierwszej rundzie byłem liderem.
W rundzie rewanżowej Paweł i ja ponownie wygraliśmy swoje mecze z Rafałem (Paweł - 2:0, ja - 2:1). Rafał sam przyznał, zdecydowanie lepiej czuje się w grze zespołowej na prawdziwym, dużym boisku piłkarskim.
Ostatni mecz, między Pawłem i mną, decydował o zwycięstwie w całym turnieju. Paweł dzięki meczom przeciwko Rafałowi miał zdecydowanie lepszy ode mnie bilans bramek (Rafał nie wbił mu ani jednego gola, a mi aż 3) i to ja musiałem wygrać mecz. Niestety poległem na całej linii. Paweł, który w pierwszym naszym meczu pudłował na potęgę, w rewanżu szybko oddał 2 strzały i... oba zamienił w gole.
Mecze "jeden na jednego" graliśmy do strzelenia określonej liczby bramek - w rundzie pierwszej do 3, w rewanżowej do 2.
Pierwszy mecz Paweł wygrał z Rafałem 3:0. Wynik nie oddaje do końca przebiegu gry - Rafał okazał się wymagającym rywalem. Zabłysnął też kilkoma bardzo ciekawymi sztuczkami technicznymi.
O zwycięstwie Pawła zdecydowały przede wszystkim większe wyrachowanie w wykorzystywaniu sytuacji podbramkowych oraz bezbłędna obrona.
W drugim meczu Rafał, podmęczony walką z Pawłem, zagrał ze mną. Ostatecznie udało mi się wygrać spotkanie 3:2, chociaż równie dobrze to Rafał mógłby się cieszyć ze zwycięstwa.
W trzecim spotkaniu Paweł i ja graliśmy przeciwko sobie. Doskonale znamy swoje silne i słabe strony, dlatego przez bardzo długi czas żaden z nas nie mógł strzelić gola. Ostatecznie udało mi się wygrać mecz 3:2 i po pierwszej rundzie byłem liderem.
W rundzie rewanżowej Paweł i ja ponownie wygraliśmy swoje mecze z Rafałem (Paweł - 2:0, ja - 2:1). Rafał sam przyznał, zdecydowanie lepiej czuje się w grze zespołowej na prawdziwym, dużym boisku piłkarskim.
Ostatni mecz, między Pawłem i mną, decydował o zwycięstwie w całym turnieju. Paweł dzięki meczom przeciwko Rafałowi miał zdecydowanie lepszy ode mnie bilans bramek (Rafał nie wbił mu ani jednego gola, a mi aż 3) i to ja musiałem wygrać mecz. Niestety poległem na całej linii. Paweł, który w pierwszym naszym meczu pudłował na potęgę, w rewanżu szybko oddał 2 strzały i... oba zamienił w gole.
Wspomnień z wakacji ciąg dalszy
W pierwszy dzień wakacji w Ciechanowie zebrała się moja klasa z ogólniaka. Wszystko dzięki Kiełkowi i Joli, którzy w lutym wpadli na pomysł spotkania i rozpuścili wici po reszcie klasy, którą porozrzucało po Polsce i świecie.
A samo spotkanie było fenomenalne. Pojawiło się na nim ponad 20 osób. I prawie wszyscy świetnie się bawiliśmy.

No, prawie wszyscy...
Jeden z imprezowiczów, jak na większości spotkań w ciągu ostatnich paru lat, szybko spił się niemiłosiernie i ozdobił część posadzki zjedzonym wcześniej jedzeniem. Jeszcze przed północą został zabrany przez żonę do domu.
Nie była to zresztą pierwsza impreza, którą biedaczysko zakończył w takich okolicznościach. Prawdę mówiąc, w ostatnich 5 latach niewiele spotkań przy ognisku czy grillu oraz zabaw sylwestrowych przetrwał do końca. Nic dziwnego, skoro jego obecność na spotkaniach z przyjaciółmi ogranicza się do chęci szybkiego i kompletnego upicia się.
Od kiedy wyprowadziłem się z mojego rodzinnego miasteczka, obaj spotykamy się coraz rzadziej, ale i tak mam wrażenie, że facet ma obecnie kłopoty i z alkoholem i ze sobą.
Szkoda że piszę to o kimś, kto jeszcze 5 lat temu był bliskim mi przyjacielem. Chciałoby się wrócić do czasów, kiedy całe dnie spędzaliśmy na grze w piłkę, a wieczory na długie rozmowy. Boli mnie, że on był w stanie odwiedzić mnie przez ostatnie 5 lat w Gdańsku tylko raz (i to na zaledwie parę godzin), podczas kiedy ja przyjeżdżałem do niego dziesiątki razy.
Smutne to, ale nie mogę oczekiwać od kogoś o tak kruchej psychice, słabej woli i licznych kompleksach, że będzie w stanie walczyć o przyjaźń mimo dzielącej nas odległości. Jedyne co pozostało, to masa fajnych wspomnień.
Fuck it. The Show Must Go On.
A samo spotkanie było fenomenalne. Pojawiło się na nim ponad 20 osób. I prawie wszyscy świetnie się bawiliśmy.

No, prawie wszyscy...
Jeden z imprezowiczów, jak na większości spotkań w ciągu ostatnich paru lat, szybko spił się niemiłosiernie i ozdobił część posadzki zjedzonym wcześniej jedzeniem. Jeszcze przed północą został zabrany przez żonę do domu.
Nie była to zresztą pierwsza impreza, którą biedaczysko zakończył w takich okolicznościach. Prawdę mówiąc, w ostatnich 5 latach niewiele spotkań przy ognisku czy grillu oraz zabaw sylwestrowych przetrwał do końca. Nic dziwnego, skoro jego obecność na spotkaniach z przyjaciółmi ogranicza się do chęci szybkiego i kompletnego upicia się.
Od kiedy wyprowadziłem się z mojego rodzinnego miasteczka, obaj spotykamy się coraz rzadziej, ale i tak mam wrażenie, że facet ma obecnie kłopoty i z alkoholem i ze sobą.
Szkoda że piszę to o kimś, kto jeszcze 5 lat temu był bliskim mi przyjacielem. Chciałoby się wrócić do czasów, kiedy całe dnie spędzaliśmy na grze w piłkę, a wieczory na długie rozmowy. Boli mnie, że on był w stanie odwiedzić mnie przez ostatnie 5 lat w Gdańsku tylko raz (i to na zaledwie parę godzin), podczas kiedy ja przyjeżdżałem do niego dziesiątki razy.
Smutne to, ale nie mogę oczekiwać od kogoś o tak kruchej psychice, słabej woli i licznych kompleksach, że będzie w stanie walczyć o przyjaźń mimo dzielącej nas odległości. Jedyne co pozostało, to masa fajnych wspomnień.
Fuck it. The Show Must Go On.
No i po urodzinach
Po wyczerpującym tygodniu spędzonym w Łodzi na szkoleniu nie miałem ani siły, ani chęci na huczną imprezę urodzinową. Tym bardziej cieszę się, że sobotę spędziłem w towarzystwie Moniki i Agnieś, która wpadła na parę dni z Warszawy.
Co prawda trochę pomarudziłem, że brakuje mi hucznej imprezy w towarzystwie przyjaciół, ale sądzę, że będę mógł to nadrobić na moich... 30 urodzinach. Z trudem do mnie dochodzi, że za rok TRZYDZIECHA.....
Wieczór i kawał nocy spędziliśmy we trójkę, śpiewając karaoke i sącząc czerwone wino. Z tym ostatnim chyba trochę przesadziłem, bo jeszcze teraz (a jest niedzielny wieczór) odczuwam skutki imprezy. Albo po prostu się starzeję :-)
Z jednej strony urodziny to po prostu kolejny dzień, który przypomina nam o naszym przemijaniu. Z drugiej miło, kiedy wiele ważnych osób pamięta o rocznicy i składa życzenia. Brat, ojciec, teściowie, przyjaciele.
Co prawda trochę pomarudziłem, że brakuje mi hucznej imprezy w towarzystwie przyjaciół, ale sądzę, że będę mógł to nadrobić na moich... 30 urodzinach. Z trudem do mnie dochodzi, że za rok TRZYDZIECHA.....
Wieczór i kawał nocy spędziliśmy we trójkę, śpiewając karaoke i sącząc czerwone wino. Z tym ostatnim chyba trochę przesadziłem, bo jeszcze teraz (a jest niedzielny wieczór) odczuwam skutki imprezy. Albo po prostu się starzeję :-)
Z jednej strony urodziny to po prostu kolejny dzień, który przypomina nam o naszym przemijaniu. Z drugiej miło, kiedy wiele ważnych osób pamięta o rocznicy i składa życzenia. Brat, ojciec, teściowie, przyjaciele.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)