Właśnie wróciłem z joggingu. Co prawda jeszcze nie oddycham, ale sprawnie piszę na klawiaturze. Stąd ten wpis po paru tygodniach :)
Trasa ta sama co kiedyś - na plażę w Brzeźnie i z powrotem - razem 8 km. Dziś co prawda wynik daleki od rekordu z '07 wynoszącego 28,5 minuty, ale wynik 36 min. 57 sek. jak na rok palenia fajek i bez biegania jest bardzo dobry (ile tych papierosów poszło z dymem zanim rzuciłem je w piątek - setki? tysiące?). Nie wierzyłem że zjadę z czasem poniżej 40 minut.
Jutro przerwa, a w środę atak na 35 minut :)
Czuję że zaczynam ponownie oddychać i... że nieładnie pachnę. SHOWER TIME!
poniedziałek, 27 lipca 2009
sobota, 4 lipca 2009
Połowa 2009 roku - moje The Best Of
Stuknęło właśnie pół roku i czas na malutkie podsumowanie tego, czego słuchałem w tym czasie najczęściej.
MOJE ULUBIONE PŁYTKI - 01.01 - 30.06
1. "No Line On The Horizon" U2 - pierwsze wrażenie po przesłuchaniu płyty to jęk zawodu i myśl "w końcu U2 wypuścili gniota". Z czasem gniot zamienił się w jedną z moich ulubionych płytek zespołu. Zaraz po "Achtung Baby".
2. "Sounds of the Universe" Depeche Mode - również tutaj wielkie oczekiwania które rozbuchała "Playing the Angel". I również wielki zawód po pierwszym przesłuchaniu i myśl "to jest nawet gorsze niż Exciter!". A dzisiaj to obok "PTA" i "Violator" jedna z moich ulubionych płytek DM.
3. "Funhouse" Pink. Bez dwóch zdań najlepsza płytka pop od czasu "Loose" Nelly Furtado. Od początku do końca same hity, świetny, agresywny i gdzieś w tle przeniknięty bólem wokal świeżo rozwiedzionej Pink. Wracam nieprzerwanie od 8 miesięcy.
4. "Party Crasher" Per Gessle. Historia podobna do U2 i DM - początkowo tragedia, po jakimś czasie poprawa. I ten wspaniały koncert w W-wie. Chociaż nadal uważam, że do arcydzieła jakim jest "Mazarin" baaaardzo daleko.
5. "Yes" Pet Shop Boys - dla mnie najbardziej niespodziewany powrót tego roku. Płytka najwyższej klasy, moja ulubiona obok "Very" sprzed 16 lat.
6. "Look Sharp" Roxette
7. "Crash! Boom! Bang!" Roxette
8. "Playing the Angel" Depeche Mode
9. "Circus" Britney Spears. Ciiiiii..... Nie mówcie nikomu :)
10. "21st Century Breakdown" Green Day
MOJE ULUBIONE UTWORY - 01.01 - 30.06
1. "Wrong" Depeche Mode. Co najmniej TOP3 w historii zespołu. Niesamowity hymn. Perfekcja - i tekst, i muzyka, i teledysk.
2. "Magnificent" U2. Jak wyżej - jeden z najlepszych kawałków w historii grupy. Aż dziwne, że przepadł na listach przebojów.
3. "Perfect" Depeche Mode.
4. "No Line on the Horizon" U2
5. "White as Snow" U2
6. "Moment of Surrender" U2
7. "Sing Along" Per Gessle
8. "I'm Sorry" Roxette
9. "Love Etc." Pet Shop Boys
10. "Miles Away / The Truth Is" Depeche Mode
MOJE ULUBIONE PŁYTKI - 01.01 - 30.06
1. "No Line On The Horizon" U2 - pierwsze wrażenie po przesłuchaniu płyty to jęk zawodu i myśl "w końcu U2 wypuścili gniota". Z czasem gniot zamienił się w jedną z moich ulubionych płytek zespołu. Zaraz po "Achtung Baby".
2. "Sounds of the Universe" Depeche Mode - również tutaj wielkie oczekiwania które rozbuchała "Playing the Angel". I również wielki zawód po pierwszym przesłuchaniu i myśl "to jest nawet gorsze niż Exciter!". A dzisiaj to obok "PTA" i "Violator" jedna z moich ulubionych płytek DM.
3. "Funhouse" Pink. Bez dwóch zdań najlepsza płytka pop od czasu "Loose" Nelly Furtado. Od początku do końca same hity, świetny, agresywny i gdzieś w tle przeniknięty bólem wokal świeżo rozwiedzionej Pink. Wracam nieprzerwanie od 8 miesięcy.
4. "Party Crasher" Per Gessle. Historia podobna do U2 i DM - początkowo tragedia, po jakimś czasie poprawa. I ten wspaniały koncert w W-wie. Chociaż nadal uważam, że do arcydzieła jakim jest "Mazarin" baaaardzo daleko.
5. "Yes" Pet Shop Boys - dla mnie najbardziej niespodziewany powrót tego roku. Płytka najwyższej klasy, moja ulubiona obok "Very" sprzed 16 lat.
6. "Look Sharp" Roxette
7. "Crash! Boom! Bang!" Roxette
8. "Playing the Angel" Depeche Mode
9. "Circus" Britney Spears. Ciiiiii..... Nie mówcie nikomu :)
10. "21st Century Breakdown" Green Day
MOJE ULUBIONE UTWORY - 01.01 - 30.06
1. "Wrong" Depeche Mode. Co najmniej TOP3 w historii zespołu. Niesamowity hymn. Perfekcja - i tekst, i muzyka, i teledysk.
2. "Magnificent" U2. Jak wyżej - jeden z najlepszych kawałków w historii grupy. Aż dziwne, że przepadł na listach przebojów.
3. "Perfect" Depeche Mode.
4. "No Line on the Horizon" U2
5. "White as Snow" U2
6. "Moment of Surrender" U2
7. "Sing Along" Per Gessle
8. "I'm Sorry" Roxette
9. "Love Etc." Pet Shop Boys
10. "Miles Away / The Truth Is" Depeche Mode
niedziela, 28 czerwca 2009
Koniec Epoki
Jednak to prawda.. Chciałem wcześniej napisać o Michaelu w dniu jego śmierci, ale cokolwiek stworzyłem, wydawało się błache w porównaniu ze stratą.
Przez pare lat praktycznie nie wracałem do twórczości Michaela. Czułem że wkrótce się to zmieni za sprawą zapowiadanej nowej płyty i trasy koncertowej. W najczarniejszych snach nie myślałem, że wrócę do niej z powodu tego, co się stało...
Do dzisiaj wspominam koncert na Bemowie, na którym byłem w 1996 roku. Największy płatny koncert w historii Polski - 125 tysięcy fanów którzy zapłacili żeby usłyszeć i zobaczyć na żywo Króla. I najwspanialszy prezent na 18 urodziny, jaki mogłem sobie wymarzyć.
Nie będę dalej pisał. Niech przemówi muzyka. Nie ta znana z pierwszych miejsc list przebojów, którą od 2 dni grają wszystkie stacje radiowe na świecie, a którą znają nawet ci którzy nigdy nie lubili Michaela. Król nagrał też piękne rzeczy, których w radiu nie sposób usłyszeć.
[*]
Przez pare lat praktycznie nie wracałem do twórczości Michaela. Czułem że wkrótce się to zmieni za sprawą zapowiadanej nowej płyty i trasy koncertowej. W najczarniejszych snach nie myślałem, że wrócę do niej z powodu tego, co się stało...
Do dzisiaj wspominam koncert na Bemowie, na którym byłem w 1996 roku. Największy płatny koncert w historii Polski - 125 tysięcy fanów którzy zapłacili żeby usłyszeć i zobaczyć na żywo Króla. I najwspanialszy prezent na 18 urodziny, jaki mogłem sobie wymarzyć.
Nie będę dalej pisał. Niech przemówi muzyka. Nie ta znana z pierwszych miejsc list przebojów, którą od 2 dni grają wszystkie stacje radiowe na świecie, a którą znają nawet ci którzy nigdy nie lubili Michaela. Król nagrał też piękne rzeczy, których w radiu nie sposób usłyszeć.
[*]
piątek, 26 czerwca 2009
Michael Jackson nie żyje
Właśnie kiedy kończyłem pisać moją poprzednią wiadomość, serwisy internetowe poinformowały o śmierci Michaela Jacksona. Początkowo wiadomość podawał tylko plotkarski portal TMZ.com, niestety przed chwilą ta sama informacja pojawiła się w o wiele poważniejszym "Los Angeles Times"...
Mam nadzieję że jest to tylko potworny żart.. Oby..
Mam nadzieję że jest to tylko potworny żart.. Oby..
czwartek, 25 czerwca 2009
O Skandynawii ciąg dalszy :)
22 kwietnia spełniło się moje 19-letnie marzenie. Do Polski na jeden jedyny koncert przyjechał Per Gessle - "brzydsza połówka" duetu Roxette. Jakimś cudem udało mi się zdobyć na koncert 2 bilety i obejrzałem go w towarzystwie cudownej dziewczyny (ukrywającej się pod pseudonimem "Jack Black" tudzież "Ereszkigal" ;).
Jeszcze dzisiaj kiedy przypominam sobie ten wieczór, ciary przechodzą mi po plecach. Kto był ten wie dlaczego.
HQ: tutaj
Koncert był FANTASTYCZNY, możliwe że najlepszy na jakim kiedykolwiek byłem. Per wykonał trochę solowych przebojów, ale na kolana powalały przede wszystkim kawałki Roxette, zagrane w niespotykanych aranżacjach i zaśpiewane pierwszy raz nie przez Marie Fredriksson, ale przez samego Pera. A dzięki temu, że koncert miał bardzo kameralny klimat, można było poczuć niesamowitą bliskość muzyków.
W jednej chwili wróciły wszystkie wspomnienia sprzed 20 lat, kiedy na Gwiazdkę '90 dostałem wypasioną kasetę TDK z nagranym na niej albumem o tajemniczej (wtedy) nazwie "Look Sharp". Z namaszczeniem włożyłem "peweksowską" taśmę do wieży, świeżo zresztą przywiezionej przez ojca z saksów w Niemczech. Ech, jakie to były czasy!
Z głośników na początek poleciał ten kawałek:
HQ: tutaj
Z "The Look" wiąże się pewna niecodzienna historia. Utwór ten powstał w 1988 roku, kiedy Roxette już od paru lat byli dość popularni w Szwecji, Niestety do tamtej pory nie udało im się zaistnieć poza rodzinnym krajem. Przebili się kompletnie przypadkiem, dzięki szwedzkiemu studentowi, który wyjechał na wymianę studencką do USA i zabrał ze sobą kopię "Look Sharp".
Płytka zupełnie przypadkowo trafiła do DJ'a pracującego dla lokalnej stacji radiowej. Kiedy DJ puścił w eter "The Look" jako ciekawostkę z kraju "w którym niedźwiedzie chodzą po ulicach", rozdzwoniły się telefony od słuchaczy z prośbą o ponowne puszczenie kawałka. Po paru miesiącach "The Look" grany był już we wszystkich stacjach radiowych USA i po wydaniu na singlu trafił na pierwsze miejsce amerykańskiej listy przebojów - Billboard Hot 100.
"Look Sharp" to jednak nie tylko "The Look". Są na niej inne perełki, które nigdy nie trafiły do radia, a mimo to znakomicie bronią się do dzisiaj. Moim ulubionym utworem (i nie tylko moim ;) jest czwarty na płycie "Paint". Dla mnie bomba.
HQ: tutaj
Potem jest jeszcze świetne "Dangerous", które dotarło do drugiego miejsca w Stanach i kolejna (prawie) nikomu nieznana perełka - "(I Could Never) Give You Up"
HQ: tutaj
A na zakończenie całej płyty - megahicior "Listen To Your Heart":
HQ: tutaj
W ten właśnie sposób rozpoczęła się moja magiczna przygoda z Roxette. "Look Sharp" przez 22 tygodnie była na pierwszym miejscu mojej własnej listy ulubionych płyt.
Z pierwszego miejsca spadła dopiero w kwietniu 1991, kiedy to podczas szkolnej wycieczki do Gdańska, na jednym z ulicznych straganów kupiłem kasetę firmy "Takt" z nagraną na niej nową płytą Roxette - "Joyride".
Ale to już zupełnie inna historia :)
Jeszcze dzisiaj kiedy przypominam sobie ten wieczór, ciary przechodzą mi po plecach. Kto był ten wie dlaczego.
HQ: tutaj
Koncert był FANTASTYCZNY, możliwe że najlepszy na jakim kiedykolwiek byłem. Per wykonał trochę solowych przebojów, ale na kolana powalały przede wszystkim kawałki Roxette, zagrane w niespotykanych aranżacjach i zaśpiewane pierwszy raz nie przez Marie Fredriksson, ale przez samego Pera. A dzięki temu, że koncert miał bardzo kameralny klimat, można było poczuć niesamowitą bliskość muzyków.
W jednej chwili wróciły wszystkie wspomnienia sprzed 20 lat, kiedy na Gwiazdkę '90 dostałem wypasioną kasetę TDK z nagranym na niej albumem o tajemniczej (wtedy) nazwie "Look Sharp". Z namaszczeniem włożyłem "peweksowską" taśmę do wieży, świeżo zresztą przywiezionej przez ojca z saksów w Niemczech. Ech, jakie to były czasy!
Z głośników na początek poleciał ten kawałek:
HQ: tutaj
Z "The Look" wiąże się pewna niecodzienna historia. Utwór ten powstał w 1988 roku, kiedy Roxette już od paru lat byli dość popularni w Szwecji, Niestety do tamtej pory nie udało im się zaistnieć poza rodzinnym krajem. Przebili się kompletnie przypadkiem, dzięki szwedzkiemu studentowi, który wyjechał na wymianę studencką do USA i zabrał ze sobą kopię "Look Sharp".
Płytka zupełnie przypadkowo trafiła do DJ'a pracującego dla lokalnej stacji radiowej. Kiedy DJ puścił w eter "The Look" jako ciekawostkę z kraju "w którym niedźwiedzie chodzą po ulicach", rozdzwoniły się telefony od słuchaczy z prośbą o ponowne puszczenie kawałka. Po paru miesiącach "The Look" grany był już we wszystkich stacjach radiowych USA i po wydaniu na singlu trafił na pierwsze miejsce amerykańskiej listy przebojów - Billboard Hot 100.
"Look Sharp" to jednak nie tylko "The Look". Są na niej inne perełki, które nigdy nie trafiły do radia, a mimo to znakomicie bronią się do dzisiaj. Moim ulubionym utworem (i nie tylko moim ;) jest czwarty na płycie "Paint". Dla mnie bomba.
HQ: tutaj
Potem jest jeszcze świetne "Dangerous", które dotarło do drugiego miejsca w Stanach i kolejna (prawie) nikomu nieznana perełka - "(I Could Never) Give You Up"
HQ: tutaj
A na zakończenie całej płyty - megahicior "Listen To Your Heart":
HQ: tutaj
W ten właśnie sposób rozpoczęła się moja magiczna przygoda z Roxette. "Look Sharp" przez 22 tygodnie była na pierwszym miejscu mojej własnej listy ulubionych płyt.
Z pierwszego miejsca spadła dopiero w kwietniu 1991, kiedy to podczas szkolnej wycieczki do Gdańska, na jednym z ulicznych straganów kupiłem kasetę firmy "Takt" z nagraną na niej nową płytą Roxette - "Joyride".
Ale to już zupełnie inna historia :)
piątek, 19 czerwca 2009
NO MORE NOKIA!
Dziś zmienił się świat mobilnej telekomunikacji. Nokia przestała produkować telefony komórkowe i przestawiła się na telefonię stacjonarną. A wszystko przez dużą wilgotność powietrza w jednym z miast nad Morzem Bałtyckim.
Szkoda, bo od zawsze byłem fanem tej marki. Moją przygodę zacząłem od klasycznego już modelu 3310, potem była Nokia N-Gage, Nokia 5200 i ostatnio Nokia E51. Na tym kończy się moja przygoda z firmą, która narodziła się jako producent gumowych kaloszy dla skandynawskich drwali.
Niecałe dwie godziny temu wpadłem do z autoryzowanego serwisu Nokia na ul. Grunwaldzkiej w Gdańsku, gdzie 2 dni temu oddałem moją półroczną Nokię E51, od paru tygodni zawieszającą się co najmniej kilka razy dziennie. Nawet zaskoczyła mnie szybkość działania firmy, z którą związany byłem przez ostatnie 10 lat. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy oddano mi telefon z informacją, że w związku z niewłaściwym użytkowaniem przeze mnie telefonu, nie wykonano naprawy, a co ciekawsze utraciłem też 24-miesięczną gwarancję.
Na moje pytanie co ma oznaczać termin "nieprawidłowe użytkowanie" otrzymałem odpowiedź, że prawdopodobnie wrzuciłem telefon do wody albo rozmawiałem przez niego podczas deszczu. Na nic nie zdały się tłumaczenia, że żadna z tych rzeczy nie miała miejsca, a ślady wilgoci wewnątrz telefonu, które spowodowały uszkodzenie sprzętu nie powstały z mojej winy. Dostałem natomiast bardzo ważną informację, aby telefonu komórkowego nie używać w miejscach o dużym zawilgotnieniu, gdyż cyt. "obecnie wszystkie modele ulegają wówczas uszkodzeniu". Czyli - telefonów Nokii najlepiej używać w drewnianej skandynawskiej chacie. Kolejna cenna informacja ze strony sprzedawczyni to cyt. "Jest godzina 17:50, za chwilę zamykamy. Jeżeli chce Pan czytać treść gwarancji, to zapraszam na zewnątrz. W przeciwnym razie wyprowadzi Pana ochrona".
No more nokia.
Szkoda, bo od zawsze byłem fanem tej marki. Moją przygodę zacząłem od klasycznego już modelu 3310, potem była Nokia N-Gage, Nokia 5200 i ostatnio Nokia E51. Na tym kończy się moja przygoda z firmą, która narodziła się jako producent gumowych kaloszy dla skandynawskich drwali.
Niecałe dwie godziny temu wpadłem do z autoryzowanego serwisu Nokia na ul. Grunwaldzkiej w Gdańsku, gdzie 2 dni temu oddałem moją półroczną Nokię E51, od paru tygodni zawieszającą się co najmniej kilka razy dziennie. Nawet zaskoczyła mnie szybkość działania firmy, z którą związany byłem przez ostatnie 10 lat. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy oddano mi telefon z informacją, że w związku z niewłaściwym użytkowaniem przeze mnie telefonu, nie wykonano naprawy, a co ciekawsze utraciłem też 24-miesięczną gwarancję.
Na moje pytanie co ma oznaczać termin "nieprawidłowe użytkowanie" otrzymałem odpowiedź, że prawdopodobnie wrzuciłem telefon do wody albo rozmawiałem przez niego podczas deszczu. Na nic nie zdały się tłumaczenia, że żadna z tych rzeczy nie miała miejsca, a ślady wilgoci wewnątrz telefonu, które spowodowały uszkodzenie sprzętu nie powstały z mojej winy. Dostałem natomiast bardzo ważną informację, aby telefonu komórkowego nie używać w miejscach o dużym zawilgotnieniu, gdyż cyt. "obecnie wszystkie modele ulegają wówczas uszkodzeniu". Czyli - telefonów Nokii najlepiej używać w drewnianej skandynawskiej chacie. Kolejna cenna informacja ze strony sprzedawczyni to cyt. "Jest godzina 17:50, za chwilę zamykamy. Jeżeli chce Pan czytać treść gwarancji, to zapraszam na zewnątrz. W przeciwnym razie wyprowadzi Pana ochrona".
No more nokia.
czwartek, 18 czerwca 2009
Europe - podróż w czasie
Nowe Europe nadal nie może się ode mnie od czepić. A co gorsze, wróciłem też do starych nagrań Szwedów, których polubiłem zaraz po wyrośnięciu z Natalki Kukulskiej, Krzysztofa Antkowiaka i Fasolek :)
Dla większości Europe to gwiazda jednego przeboju, od 22 lat katowanego na wszystkich zabawach sylwestrowych. "The Final Countdown" był tak kolosalnym sukcesem, że usunął w cień wszystko co chłopaki nagrali wcześniej i później. A szkoda, bo nagrali masę świetnej muzyki.
Obecnie ze starych Europe najbardziej przekonuje mnie album "Prisoners in Paradise" wydany w 1991 roku. Płyta zrobiła klapę w rodzinnej Szwecji i w reszcie świata. Fani (a raczej fanki) wcześniej szalejące za takimi zespołami jak Scorpions, Motley Crue, Poison i własnie Europe, zdjęli różowe skórzane spodnie, zmyli makijaż z twarzy, założyli stare jeansy i poszarpane t-shirty. Nadszedł czas Seattle, grunge, Nirvany i Pearl Jam. A hard-rockowe kapele z lat 80-tych nagle stały się obciachowe.
Klapa "Prisoners in Paradise" przypieczentowała rozpad Europe, który nastąpił 2 lata później. Jednak z perspektywy czasu cała płyta broni się całkiem dobrze, jest lepiej zagrana i ostrzejsza od m.in. płytki "The Final Countdown" z 1986. Najlepsze wrażenie do dzisiaj robi na mnie "Halfway to Heaven" - trzeci singiel z płyty, który nie zrobił furory na listach przebojów:
A w wysokiej jakości: tutaj
Pierwszym utworem Europe, który w Szwecji stał się przebojem w 1984 roku (czyli 2 lata przed "The Final Countdown") był "Open Your Heart", ballada w stylu wczesnych Bon Jovi. Poniżej wersja kawałka nagrana ponownie na płytkę "Out of This World" z 1988:
HQ: tutaj
Co ciekawe, w USA największym przebojem Europe wcale nie był "The Final Countdown", który dotarł jedynie do 8 miejsca na liście Billboardu, ale wyciskacz łez "Carrie", wydany na singlu pół roku później (3 miejsce w Stanach):
HQ: tutaj
Dla większości Europe to gwiazda jednego przeboju, od 22 lat katowanego na wszystkich zabawach sylwestrowych. "The Final Countdown" był tak kolosalnym sukcesem, że usunął w cień wszystko co chłopaki nagrali wcześniej i później. A szkoda, bo nagrali masę świetnej muzyki.
Obecnie ze starych Europe najbardziej przekonuje mnie album "Prisoners in Paradise" wydany w 1991 roku. Płyta zrobiła klapę w rodzinnej Szwecji i w reszcie świata. Fani (a raczej fanki) wcześniej szalejące za takimi zespołami jak Scorpions, Motley Crue, Poison i własnie Europe, zdjęli różowe skórzane spodnie, zmyli makijaż z twarzy, założyli stare jeansy i poszarpane t-shirty. Nadszedł czas Seattle, grunge, Nirvany i Pearl Jam. A hard-rockowe kapele z lat 80-tych nagle stały się obciachowe.
Klapa "Prisoners in Paradise" przypieczentowała rozpad Europe, który nastąpił 2 lata później. Jednak z perspektywy czasu cała płyta broni się całkiem dobrze, jest lepiej zagrana i ostrzejsza od m.in. płytki "The Final Countdown" z 1986. Najlepsze wrażenie do dzisiaj robi na mnie "Halfway to Heaven" - trzeci singiel z płyty, który nie zrobił furory na listach przebojów:
A w wysokiej jakości: tutaj
Pierwszym utworem Europe, który w Szwecji stał się przebojem w 1984 roku (czyli 2 lata przed "The Final Countdown") był "Open Your Heart", ballada w stylu wczesnych Bon Jovi. Poniżej wersja kawałka nagrana ponownie na płytkę "Out of This World" z 1988:
HQ: tutaj
Co ciekawe, w USA największym przebojem Europe wcale nie był "The Final Countdown", który dotarł jedynie do 8 miejsca na liście Billboardu, ale wyciskacz łez "Carrie", wydany na singlu pół roku później (3 miejsce w Stanach):
HQ: tutaj
wtorek, 16 czerwca 2009
Dlaczego używam Linuxa
Ciekawe jakiego systemu operacyjnego użuwasz Czytelniku? Pirackiego WindowsXP czy oryginalnego i kupionego razem z laptopem Windows Vista? Wg statystyk aż 96% Polaków "wybrało" jedną z tych dwóch opcji.
Około 0,4% ludzi w naszym kraju-raju poszło inną drogą i używa bezpłatnego Linuxa. Mam szczęście należeć do tej garstki. Poniżej powody dla których pożegnałem się z Windowsem.
1. MONEY, MONEY, MONEY
Poniżej najlepsze ceny z portali skapiec.pl i nokaut.pl za oprogramowanie firmy Microsoft:
System Windows Vista Home Premium: 364 zł. System Linux Ubuntu 9.04 - bezpłatny :)
Pakiet MS Office 2007: 124,90 zł. Pakiet OpenOffice 3.1 dla Linux - bezpłatny :)
Oszczędność: 488,90 zł.
Lubię bawić się dźwiękiem i obrazem - przerabiać zdjęcia, montować filmy na YouTube, dodawać do nich efekty dźwiękowe, miksować muzykę. Oto ile zapłaciłbym za profesjonalne programy do obróbki dźwięku i obrazu:
Adobe Photoshop Elements 7 (obróbka zdjęć): 339 zł. Program Gimp dla Linux - bezpłatny, tak samo rozbudowany i równie łatwy w obsłudze.
Adobe Audition 3.0 (obróbka dźwięku): 1690 zł. Program Audacity dla Linux - bezpłatny, równie wygodny i prawie tak samo rozbudowany
ACDSee 9 (program do katalogowania zdjęć): 79 zł. Program DigiKam dla Linux - bezpłatny, bardziej rozbudowany i łatwiejszy w obsłudze
Adobe Premiere Elements 7 (obróbka filmów): 354 zł - Programy Cinerella i Open Movie Editor - bezpłatne, używane razem - prawie tak samo rozbudowane. Niestety znacznie mniej wygodne w obsłudze, ale zmienia się to na korzyść z każdą nową wersją.
Oszczędność: 2462 zł
Inne programy bez których nie mógłbym się obyć to:
- Pogram do nagrywania płyt CD i DVD: Nero 9 dla Windows: 199 zł. K3B pod Linuxem - bezpłatny, wygodniejszy w obsłudze i bardziej niezawodny - nie zepsuł mi na razie ani jednej nagranej płytki.
- Menedżer plików - niezastąpiony kiedy chcemy zmienić nazwy np. tysiąca plików na raz. Total Comamnder pod Windows: 157 zł. Gnome Commander dla linuxa - bezpłatny i prawie identyczny w obsłudze i funkcjonalności
Codziennie dla Windows powstaje ok. 50 nowych wirusów. Mniej więcej tyle samo powstało na Linuxa w ciągu ostatnich 10 lat. Używając Windows, musiałbym się więc zabezpieczyć się przed uszkodzeniem komputera lub kradzieżą haseł.
Dobry i skuteczny program antywirusowy, np. Norton Antivirus 2009, Kaspersky 2009 lub NOD32 kosztują min. 89 zł. I działają tylko przez 12 miesięcy, po których trzeba zapłacić za licencję ponownie. A pod Linuxem antywirus nie jest mi potrzebny.
Oszczędność: 445 zł
Zamykając temat pieniędzy - tylko na wymienionych programach zaoszczędziłem ponad 3 tysiące złotych, które mogę wydać np. na nowy komputer. Oczywiście nowy komputer bez zainstalowanego domyślnie Windows Vista - czyli tańszy o 200-300 zł.
Jasne że można też zaoszczędzić pieniądze używając pirackich wersji programów dla Windows. Do czasu kiedy jakiś wirus, często dodawany jako "bonusik" do nielegalnej wersji programu, ukradnie nam numer karty kredytowej albo hasło do konta internetowego. Inna sprawa że po wejściu Windows 7 i całkowitym wycofaniu Windows XP, używanie pirackich wersji systemu i programów ma być znacznie utrudnione.
2. WYGODA
Po zainstalowaniu Windows mamy praktycznie goły system. Trzeba poświęcić następne parę godzin na instalowanie takich programów jak wyżej wymienione plus oczywiście Gadu Gadu, Skype, Firefox, eMule, jakiś odtwarzacz muzyki i odtwarzacz filmów z napisami.. program do ściągania torrentów... sterowniki do drukarki i skanera itp. itd. Instalując Ubuntu Linux, mam odpowiedniki tych programów zaraz po instalacji.
Nie wspomnę nawet że goły Windows XP instaluje się na moim komputerze 30 minut, a Ubuntu plus całe oprogramownie - około 20 minut. I już w trakcie instalacji Linuxa mogę korzystać z Internetu.
3. BEZPIECZEŃSTWO
O braku wirusów pod Linuxem pisałem już wcześniej. Jednak to nie wszystko. Linux ma znakomity system aktualizacji oprogramowania. Kiedy w sieci pojawi się nowa wersja jakiegokolwiek programu który mamy na komputerze, możemy zaktualizować go do najnowszej wersji. Nowe, poprawione i ulepszone wersje popularnych programów pojawiają się co kilka tygodni, wszystkie bezpłatne i każda z nich lepsza od poprzedniej. Aktualizacje i poprawki do samego systemu operacyjnego pojawiają się praktycznie codziennie.
W Windows aktualizacje łatają nam jedynie sam system operacyjny - niestety tylko parę razy w miesiącu i tylko wtedy gdy mamy oryginalny system. O bezpieczeństwo zainstalowanych programów musimy już troszczyć się sami. Dodatkowo wkrótce po wydaniu Windows7, Microsoft ograniczy aktualizacje WindowsXP wyłącznie do najważniejszych, a po jakimś czasie wycofa się z aktualizacji całkowicie - po to aby zmusić klientów do zakupu nowego systemu.
4. SZYBKOŚĆ
Świeżo zainstalowany Windows XP uruchamia się na moim komputerze w 30 sekund. Wraz z upływem czasu Windows wyraźnie spowalnia, a po kilku(nastu) miesiącach używania i instalowania nowych programów czas uruchomienia wydłuża się o kolejne 10-20 sekund. Poza tym Windows ma tendencje do "starzenia się". Po jakimś czasie, zależnie od sposobu użytkowania komputera, ilości zainstalowanych programów i ilości przypadkowo ściągniętych wirusów i trojanów, Windows działa coraz wolniej, aż do momentu kiedy praca na nim staje się irytująca. Wtedy pozostaje nam reinstalacja systemu. I kolejne parę godzin z głowy.
Świeżo zainstalowany Linux Ubuntu uruchamia się u mnie w 20 sekund. I nawet po wielu latach pracy i zainstalowaniu setek dodatkowych programów, nadal będzie uruchamiał się i pracował tak samo szybko. Wszystko dlatego że Linux nie posiada tzw. Rejestru, który w Windows rośnie z czasem do ogromnych rozmiarów i spowalnia komputer.
5. WYMAGANIA SPRZĘTOWE
Aby móc wygodnie pracować na Windows Vista i z kilkoma innymi programami jednocześnie, trzeba dysponować co najmniej procesorem 1,5 GHz i 2 GB pamięci. Wszystko dlatego że jest pełen "wodotrysków" i niepotrzebnych ozdób, które nijak nie pomagają w pracy, a tylko obciążają procesor. Na wolniejszych komputerach pozostaje nam używanie starego WindowsXP, który wkrótce przejdzie do historii.
Linux działa bardzo szybko na komputerach mających nawet 5-8 lat. Nawet na tak starych komputerach można używać wielu programów jednocześnie np. oglądać film lub słuchać muzyki, rozmawiać przy tym na Skype i pracować w arkuszu kalkulacyjnym. Co ciekawe, najnowsze wersje Linuxa biją Windows Vista na głowę również pod względem wyglądu (patrz: filmik na początku), obciążając komputer mniej niż poczciwy Windows XP.
Około 0,4% ludzi w naszym kraju-raju poszło inną drogą i używa bezpłatnego Linuxa. Mam szczęście należeć do tej garstki. Poniżej powody dla których pożegnałem się z Windowsem.
1. MONEY, MONEY, MONEY
Poniżej najlepsze ceny z portali skapiec.pl i nokaut.pl za oprogramowanie firmy Microsoft:
System Windows Vista Home Premium: 364 zł. System Linux Ubuntu 9.04 - bezpłatny :)
Pakiet MS Office 2007: 124,90 zł. Pakiet OpenOffice 3.1 dla Linux - bezpłatny :)
Oszczędność: 488,90 zł.
Lubię bawić się dźwiękiem i obrazem - przerabiać zdjęcia, montować filmy na YouTube, dodawać do nich efekty dźwiękowe, miksować muzykę. Oto ile zapłaciłbym za profesjonalne programy do obróbki dźwięku i obrazu:
Adobe Photoshop Elements 7 (obróbka zdjęć): 339 zł. Program Gimp dla Linux - bezpłatny, tak samo rozbudowany i równie łatwy w obsłudze.
Adobe Audition 3.0 (obróbka dźwięku): 1690 zł. Program Audacity dla Linux - bezpłatny, równie wygodny i prawie tak samo rozbudowany
ACDSee 9 (program do katalogowania zdjęć): 79 zł. Program DigiKam dla Linux - bezpłatny, bardziej rozbudowany i łatwiejszy w obsłudze
Adobe Premiere Elements 7 (obróbka filmów): 354 zł - Programy Cinerella i Open Movie Editor - bezpłatne, używane razem - prawie tak samo rozbudowane. Niestety znacznie mniej wygodne w obsłudze, ale zmienia się to na korzyść z każdą nową wersją.
Oszczędność: 2462 zł
Inne programy bez których nie mógłbym się obyć to:
- Pogram do nagrywania płyt CD i DVD: Nero 9 dla Windows: 199 zł. K3B pod Linuxem - bezpłatny, wygodniejszy w obsłudze i bardziej niezawodny - nie zepsuł mi na razie ani jednej nagranej płytki.
- Menedżer plików - niezastąpiony kiedy chcemy zmienić nazwy np. tysiąca plików na raz. Total Comamnder pod Windows: 157 zł. Gnome Commander dla linuxa - bezpłatny i prawie identyczny w obsłudze i funkcjonalności
Codziennie dla Windows powstaje ok. 50 nowych wirusów. Mniej więcej tyle samo powstało na Linuxa w ciągu ostatnich 10 lat. Używając Windows, musiałbym się więc zabezpieczyć się przed uszkodzeniem komputera lub kradzieżą haseł.
Dobry i skuteczny program antywirusowy, np. Norton Antivirus 2009, Kaspersky 2009 lub NOD32 kosztują min. 89 zł. I działają tylko przez 12 miesięcy, po których trzeba zapłacić za licencję ponownie. A pod Linuxem antywirus nie jest mi potrzebny.
Oszczędność: 445 zł
Zamykając temat pieniędzy - tylko na wymienionych programach zaoszczędziłem ponad 3 tysiące złotych, które mogę wydać np. na nowy komputer. Oczywiście nowy komputer bez zainstalowanego domyślnie Windows Vista - czyli tańszy o 200-300 zł.
Jasne że można też zaoszczędzić pieniądze używając pirackich wersji programów dla Windows. Do czasu kiedy jakiś wirus, często dodawany jako "bonusik" do nielegalnej wersji programu, ukradnie nam numer karty kredytowej albo hasło do konta internetowego. Inna sprawa że po wejściu Windows 7 i całkowitym wycofaniu Windows XP, używanie pirackich wersji systemu i programów ma być znacznie utrudnione.
2. WYGODA
Po zainstalowaniu Windows mamy praktycznie goły system. Trzeba poświęcić następne parę godzin na instalowanie takich programów jak wyżej wymienione plus oczywiście Gadu Gadu, Skype, Firefox, eMule, jakiś odtwarzacz muzyki i odtwarzacz filmów z napisami.. program do ściągania torrentów... sterowniki do drukarki i skanera itp. itd. Instalując Ubuntu Linux, mam odpowiedniki tych programów zaraz po instalacji.
Nie wspomnę nawet że goły Windows XP instaluje się na moim komputerze 30 minut, a Ubuntu plus całe oprogramownie - około 20 minut. I już w trakcie instalacji Linuxa mogę korzystać z Internetu.
3. BEZPIECZEŃSTWO
O braku wirusów pod Linuxem pisałem już wcześniej. Jednak to nie wszystko. Linux ma znakomity system aktualizacji oprogramowania. Kiedy w sieci pojawi się nowa wersja jakiegokolwiek programu który mamy na komputerze, możemy zaktualizować go do najnowszej wersji. Nowe, poprawione i ulepszone wersje popularnych programów pojawiają się co kilka tygodni, wszystkie bezpłatne i każda z nich lepsza od poprzedniej. Aktualizacje i poprawki do samego systemu operacyjnego pojawiają się praktycznie codziennie.
W Windows aktualizacje łatają nam jedynie sam system operacyjny - niestety tylko parę razy w miesiącu i tylko wtedy gdy mamy oryginalny system. O bezpieczeństwo zainstalowanych programów musimy już troszczyć się sami. Dodatkowo wkrótce po wydaniu Windows7, Microsoft ograniczy aktualizacje WindowsXP wyłącznie do najważniejszych, a po jakimś czasie wycofa się z aktualizacji całkowicie - po to aby zmusić klientów do zakupu nowego systemu.
4. SZYBKOŚĆ
Świeżo zainstalowany Windows XP uruchamia się na moim komputerze w 30 sekund. Wraz z upływem czasu Windows wyraźnie spowalnia, a po kilku(nastu) miesiącach używania i instalowania nowych programów czas uruchomienia wydłuża się o kolejne 10-20 sekund. Poza tym Windows ma tendencje do "starzenia się". Po jakimś czasie, zależnie od sposobu użytkowania komputera, ilości zainstalowanych programów i ilości przypadkowo ściągniętych wirusów i trojanów, Windows działa coraz wolniej, aż do momentu kiedy praca na nim staje się irytująca. Wtedy pozostaje nam reinstalacja systemu. I kolejne parę godzin z głowy.
Świeżo zainstalowany Linux Ubuntu uruchamia się u mnie w 20 sekund. I nawet po wielu latach pracy i zainstalowaniu setek dodatkowych programów, nadal będzie uruchamiał się i pracował tak samo szybko. Wszystko dlatego że Linux nie posiada tzw. Rejestru, który w Windows rośnie z czasem do ogromnych rozmiarów i spowalnia komputer.
5. WYMAGANIA SPRZĘTOWE
Aby móc wygodnie pracować na Windows Vista i z kilkoma innymi programami jednocześnie, trzeba dysponować co najmniej procesorem 1,5 GHz i 2 GB pamięci. Wszystko dlatego że jest pełen "wodotrysków" i niepotrzebnych ozdób, które nijak nie pomagają w pracy, a tylko obciążają procesor. Na wolniejszych komputerach pozostaje nam używanie starego WindowsXP, który wkrótce przejdzie do historii.
Linux działa bardzo szybko na komputerach mających nawet 5-8 lat. Nawet na tak starych komputerach można używać wielu programów jednocześnie np. oglądać film lub słuchać muzyki, rozmawiać przy tym na Skype i pracować w arkuszu kalkulacyjnym. Co ciekawe, najnowsze wersje Linuxa biją Windows Vista na głowę również pod względem wyglądu (patrz: filmik na początku), obciążając komputer mniej niż poczciwy Windows XP.
sobota, 13 czerwca 2009
Europe are Back!!!
Wczoraj w Rock Cafe DJ puścił nowy singiel Europe. Powalił mnie na kolana. Dosłownie i w przenośni ;)
czwartek, 11 czerwca 2009
Ikariam: Attyka na manewrach wojennych
Wreszcie mogę coś ciekawego wyskrobać o mojej ulubionej grze sieciowej :)
Ikariam to fenomenalna gra, bynajmniej nie dlatego że poraża wspaniałą grafiką. Poraża raczej grafiką kiepską i pojawiającymi się od czasu do czasu błędami :) Tyle że w samej Polsce gra w nią kilkadziesiąt tysięcy ludzi i to właśnie interakcja z nimi sprawia, że nie sposób się nudzić. Do gry wkręcił mnie Rafał w lutym roku pańskiego 2009. Rafał to w Ikariam prawdziwy wymiatacz - od dłuższego czasu nie opuszcza TOP100 na Lambdzie - jednym ze "światów" Ikariam.
Mimo krótkiego stażu jakimś cudem udało mi się stać generałem jednego z licznych na Lambdzie sojuszy. Nasz liczy obecnie 30-paru graczy, z których tylko część miała dotychczas ochotę do wspólnej zabawy. Reszta siedziała cicho i podnosiła rabat tylko wówczas, gdy padała ofiarą napaści ze strony wrogo nastawionych sąsiadów albo kiedy potrzebowała surowców do rozbudowy swoich włości.
Wspólnie z Paenką, przywódcą naszego sojuszu, postanowiliśmy zmienić stan rzeczy i przekonać pozostałych do wspólnej zabawy. I tutaj powstał pomysł Manewrów Militarnych. Nie będę się tu rozwodził o bitwach i wojnach w Ikariam (kto grał to wie, kto nie grał - nie zrozumie), ale zabawa w Manerwy polega głównie na tym, aby wyszukać na mapie jakiegoś niezrzeszonego w żadnym sojuszu łosia, po czym wybić jego armię, splądrować miasta i zgwłaścić wszystkie niewiasty i kawalerów, zależnie od upodobania :D
Jedna z bitew podczas manewrów zasługuje na większą uwagę. Po pierwsze dlatego że moim dzielnym wojakom udało się ją wygrać, ale też dlatego, że zwycięstwo przyszło nam baaardzo trudno i w międzczasie szala zwycięstwa przechylała się to w jedną, to w drugą stronę.
Kronika bitwy:
22:00, niedziela - ogłoszenie rozpoczęcia manewrów wojennych
22:05, niedziela - zuza34 informuje że nie będzie mogła uczestniczyć w manewrach z powodu problemów z ikariam. utrata zwiadowcy z kryjówką na poziomie pow. 20 to na starcie duży problem dla Oddziału 3
23:00, niedziela - Bleid oferuje w zastępstwie zuzy wsparcie w szpiegowaniu artur87 - gracza przeznaczonego na rzeź; tak się składa że jedno z miast artur87 - bald, znajduje się na tej samej wyspie co miasto Bleida
23:37, niedziela - Bleid raportuje że główne siły wroga - 180 gigantów na parę i 100 łuczników znajduje się właśnie w mieście bald; dodatkowo miasto bald ma mur na 22 poziomie a port chroniony jest przez 160 okrętów parowych z taranem. Będzie ciężko.
18:00, poniedziałek - na razie manewry to totalna porażka. W Oddziale 3 zalogowany jestem tylko ja, w Oddziale 4 - dwie osoby.
19:30, poniedziałek - wysyłam wiadomości do wszystkich graczy Oddziału 3 czy będą uczestniczyć w manewrach. Pierwszy zgłasza gotowość Spartakus14 (19:52), potem Barbarita31 (20:04). Niektórzy gracze np. cukiereczek mimo zalogowania nawet nie odpisują na wiadomość ale wysyłają swoje okręty na plądrowanie graczy z 2-3 tysiące punktów ogółem. Oczywiście zgodnie z zasadami prowadzenia wojen ataki te są wycofywane przez Generała.
20:00, poniedziałek - podejmuję decyzję o sposobie ataku na miasto bald - wykorzystamy w tym celu prawa garnizonowe do miasta bleidów gracza Bleid. Dzięki temu Spartakus14, Barbarita i ja będziemy mogli zebrać swoje armie pod nosem niczego nie spodziewającej się ofiary a potem razem zaatakować ją przez ląd, omijając flotę strzegącą portu.
20:30, poniedziałek - jest problem. Barbarita i Spartakus mają 11 wymaganych punktów dyplomacji i mogą wysłać Bleidowi prośbę o prawa garnizonowe do miasta bleidów. Mi niestety brakuje aż 5 punktów dyplomacji, a rozbudowa ambasady nie wchodzi w rachubę - nie ma ani czasu, ani surowców
przed 21:00, poniedziałek - jest kolejny problem. Bleid nadal jest niezalogowany i nie akceptuje praw garnizonowych. Nawet jeśli pojawi się wkrótce to i tak nasze wojska zbiorą się na jego wyspie tuż przed północą. A na trzymanie wojska poza domem przez całą noc nie stać ani Barbarity, ani Spartakusa, ani mnie (wojsko poza koszarami kosztuje podwójnie, a sporo tego wojska wysłaliśmy)
20:57, poniedziałek - Bleid właśnie się zalogował i zaakceptował prawa garnizonowe. Barbarita od razu wysyła wojsko do tymczasowej bazy w bleidowie - razem 150 strzelców i 100 gigantów na parę. Wkrótce swoją armię wysyła Spartakus14 - w stronę bleidowa rusza jego 140 hoplitów, 117 łuczników, 15 taranów i 4 medyków. Barbarita i Spartakus raportują że ich wojsko dotrze do bleidowa ok 23:10.
21:10, poniedziałek - znajduję rozwiązanie problemu braku punktów. na tej samej wyspie co tymczasowa baza Oddziału 3 (bleidów) i miasto ofiary (bald), znajduje się również miasteczko o nazwie "fajne miasto" które zamieszkuje Bogu ducha winny gracz - daniel14. Miasteczko nie jest chronione przez flotę, a w koszarach znajduje się... 2 procarzy. Idealny cel na okupację dla moich wojsk.
21:15, poniedziałek - w stronę "fajnego miasteczka" rusza armia złożona z: 200 hoplitów, 333 strzelców, 16 żyrokopterów, 7 katapult, 7 medyków i 26 kucharzy. Dobra kuchnia w wojsku to podstawa
21:20, poniedziałek - pojawia się kolejny problem - miasto z którego wysłałem armię znajduje się całą godzinę drogi dalej od celu, niż wojska Barbarity i Spartakusa. Do "fajnego miasteczka" dotrę dopiero ok 1 w nocy. Czyli kolejna noc zarwana. Ciekawe ile kawy jutro pójdzie w pracy....
22:00, poniedziałek - na stronie http://ikariamlibrary.com/?content=IkaFight robię symulację bitwy, która rozegra się wkrótce. Po stronie napastników wprowadzam Spartakusa, Barbaritę i wszystkie siły którymi w swoich okolicach dysponuje Bleid. Po stronie obrony wpisuję armię gracza daniel14. Według symulacji wspólne siły Spartakusa, Barbarity i Bleida bez problemu dotrwają do godziny pierwszej, kiedy na pole bitwy dotrą moje posiłki. Ufff... jest dobrze.
22:50, poniedziałek - jednak nie jest dobrze. Przed 20 minutami Bleid wysłał mi informację, że w mieście bleidów - naszej bazie, nie zebrał całej armii. Jestem zły na niego, że sam się nie domyślił co trzeba zrobić, i na siebie, że po prostu nie wydałem odpowiedniej instrukcji
ok.23:00, poniedziałek - informuję Bleida o tym że musi jak najszybciej zebrać całe swoje siły w naszej bazie - bleidowie.
23:10, poniedziałek - na http://ikariamlibrary.com/?content=IkaFight robię ponowną symulację bitwy, tym razem przy założeniu że na początku ruszają do ataku Barbarita i Spartakus, po 20 minutach dołącza Bleid, a po godzinie ja. Wszystko gra - wg. symulacji Spartakus i Barbarita utrzymają się do przybycia wsparcia. Daję sygnał do ataku.
23:20, poniedziałek - Barbarita informuje że musi się wylogować. Nic dziwnego, już prawie północ. Wkrótce Spartakus pisze że wojska daniela14 zdobywają przewagę w bitwie i pilnie potrzeba wsparcia
23:30, poniedziałek - tragedia. wojska które wysłał jako wsparcie Bleid... zostają zawrócone przez flotę daniela14!!! okazało się że Bleid wysłał armię na plądrowanie nie z naszej bazy (pozwoliłoby to ominąć statki daniela14), ale z innej wyspy!!! Jest w tym trochę mojej winy, bo ok. 23:00 wysłałem Bleidowi info, że wszystkie siły ma zebrać "w bleidowie" (miejscownik). Tyle że mianownik od "bleidowie" to zarówno "bleidów" (miasto gdzie wszyscy mieliśmy się zebrać!) ale też "bleidowo" (miasto gdzie Bleid wysłał swoje wojsko). Polska język - trudna język!
ok 00:10, wtorek - Emocje sięgają zenitu. Po zwiedzeniu całej Lambdy, a przynamniej dużej jej części wojska Bleida wreszcie docierają do celu ataku. W międzyczasie Bleid i ja zdążyliśmy się pokłócić i wymieniliśmy kilkadziesiąt szczerych do bólu uwag dotyczących naszych umiejętności dowódczych i wojskowych. Szczęśliwie podczas naszej pogaranki daniel14 nie zdążył zatłuc Barbarity i Spartakusa
1:17, wtorek - moje wojsko wkroczyło do "fajnego miasta". Na okupacji pozostawiam 50 hoplitów. Resztę armii pośpiesznie rzucam do miasta bald. Jeszcze tylko 15 minut i dołączę do wojsk Barbarity, Spartakusa i Bleida. Pozostawienie w "fajnym miasteczku" części wojska jest konieczne - gdyby ktoś podczas mojej nieobecności wyzwolił "fajne miasteczko", to całe moje wojsko wojujące pod baldowem uległoby rozproszeniu. Straciłbym też wszystkie łupy które zamierzam zrabować u daniela14. A mam nadzieję że będzie ich sporo. Dlatego poza armią do bleidowa wysyłam też dodatkowe 37 statków handlowych.
1:41, wtorek - wreszcie! Moja armia dociera do głównego celu. Dzięki temu zdobywamy wreszcie miażdżącą przewagę na polu bitwy.
Wspólnie z Barbaritą, Spartakusem i Bleidem zaledwie po 1 dodatkowej rundzie przeważamy szalę zwycięstwa na naszą stronę. W ciągu tej jednej rundy wojska daniela które wcześniej dzielnie się trzymały, zostały rozbite w pył! Poza 1848 WSL zdobywamy też górę surowców:
Łup Sandro
* Materiał budowlany: 8,047
* Wino: 52
* Marmur: 8,965
* Kryształ: 3,127
* Siarka: 5,807
Łup bleid
* Materiał budowlany: 3,868
* Wino: 25
* Marmur: 4,310
* Kryształ: 1,503
* Siarka: 2,792
Łup bleid
* Materiał budowlany: 7,583
* Wino: 49
* Marmur: 8,447
* Kryształ: 2,946
* Siarka: 5,472
Łup spartakus14
* Materiał budowlany: 7,118
* Wino: 46
* Marmur: 7,930
* Kryształ: 2,766
* Siarka: 5,137
Łup barbarita31 - 0
A graficznie przebieg naszych manewrów wygląda tak:

Barbarita nie zdobyła surowców, bo na pole bitwy wysłała tylko tyle statków, ile było potrzeba do transportu wojska. Za tak bohaterską postawę należy się Barbaricie godziwa nagroda.
Jak tylko nasze statki wrócą do macierzystych portów, wyślemy do naszej koleżanki paczki z prezentami
Ikariam to fenomenalna gra, bynajmniej nie dlatego że poraża wspaniałą grafiką. Poraża raczej grafiką kiepską i pojawiającymi się od czasu do czasu błędami :) Tyle że w samej Polsce gra w nią kilkadziesiąt tysięcy ludzi i to właśnie interakcja z nimi sprawia, że nie sposób się nudzić. Do gry wkręcił mnie Rafał w lutym roku pańskiego 2009. Rafał to w Ikariam prawdziwy wymiatacz - od dłuższego czasu nie opuszcza TOP100 na Lambdzie - jednym ze "światów" Ikariam.
Mimo krótkiego stażu jakimś cudem udało mi się stać generałem jednego z licznych na Lambdzie sojuszy. Nasz liczy obecnie 30-paru graczy, z których tylko część miała dotychczas ochotę do wspólnej zabawy. Reszta siedziała cicho i podnosiła rabat tylko wówczas, gdy padała ofiarą napaści ze strony wrogo nastawionych sąsiadów albo kiedy potrzebowała surowców do rozbudowy swoich włości.
Wspólnie z Paenką, przywódcą naszego sojuszu, postanowiliśmy zmienić stan rzeczy i przekonać pozostałych do wspólnej zabawy. I tutaj powstał pomysł Manewrów Militarnych. Nie będę się tu rozwodził o bitwach i wojnach w Ikariam (kto grał to wie, kto nie grał - nie zrozumie), ale zabawa w Manerwy polega głównie na tym, aby wyszukać na mapie jakiegoś niezrzeszonego w żadnym sojuszu łosia, po czym wybić jego armię, splądrować miasta i zgwłaścić wszystkie niewiasty i kawalerów, zależnie od upodobania :D
Jedna z bitew podczas manewrów zasługuje na większą uwagę. Po pierwsze dlatego że moim dzielnym wojakom udało się ją wygrać, ale też dlatego, że zwycięstwo przyszło nam baaardzo trudno i w międzczasie szala zwycięstwa przechylała się to w jedną, to w drugą stronę.
Kronika bitwy:
22:00, niedziela - ogłoszenie rozpoczęcia manewrów wojennych
22:05, niedziela - zuza34 informuje że nie będzie mogła uczestniczyć w manewrach z powodu problemów z ikariam. utrata zwiadowcy z kryjówką na poziomie pow. 20 to na starcie duży problem dla Oddziału 3
23:00, niedziela - Bleid oferuje w zastępstwie zuzy wsparcie w szpiegowaniu artur87 - gracza przeznaczonego na rzeź; tak się składa że jedno z miast artur87 - bald, znajduje się na tej samej wyspie co miasto Bleida
23:37, niedziela - Bleid raportuje że główne siły wroga - 180 gigantów na parę i 100 łuczników znajduje się właśnie w mieście bald; dodatkowo miasto bald ma mur na 22 poziomie a port chroniony jest przez 160 okrętów parowych z taranem. Będzie ciężko.
18:00, poniedziałek - na razie manewry to totalna porażka. W Oddziale 3 zalogowany jestem tylko ja, w Oddziale 4 - dwie osoby.
19:30, poniedziałek - wysyłam wiadomości do wszystkich graczy Oddziału 3 czy będą uczestniczyć w manewrach. Pierwszy zgłasza gotowość Spartakus14 (19:52), potem Barbarita31 (20:04). Niektórzy gracze np. cukiereczek mimo zalogowania nawet nie odpisują na wiadomość ale wysyłają swoje okręty na plądrowanie graczy z 2-3 tysiące punktów ogółem. Oczywiście zgodnie z zasadami prowadzenia wojen ataki te są wycofywane przez Generała.
20:00, poniedziałek - podejmuję decyzję o sposobie ataku na miasto bald - wykorzystamy w tym celu prawa garnizonowe do miasta bleidów gracza Bleid. Dzięki temu Spartakus14, Barbarita i ja będziemy mogli zebrać swoje armie pod nosem niczego nie spodziewającej się ofiary a potem razem zaatakować ją przez ląd, omijając flotę strzegącą portu.
20:30, poniedziałek - jest problem. Barbarita i Spartakus mają 11 wymaganych punktów dyplomacji i mogą wysłać Bleidowi prośbę o prawa garnizonowe do miasta bleidów. Mi niestety brakuje aż 5 punktów dyplomacji, a rozbudowa ambasady nie wchodzi w rachubę - nie ma ani czasu, ani surowców
przed 21:00, poniedziałek - jest kolejny problem. Bleid nadal jest niezalogowany i nie akceptuje praw garnizonowych. Nawet jeśli pojawi się wkrótce to i tak nasze wojska zbiorą się na jego wyspie tuż przed północą. A na trzymanie wojska poza domem przez całą noc nie stać ani Barbarity, ani Spartakusa, ani mnie (wojsko poza koszarami kosztuje podwójnie, a sporo tego wojska wysłaliśmy)
20:57, poniedziałek - Bleid właśnie się zalogował i zaakceptował prawa garnizonowe. Barbarita od razu wysyła wojsko do tymczasowej bazy w bleidowie - razem 150 strzelców i 100 gigantów na parę. Wkrótce swoją armię wysyła Spartakus14 - w stronę bleidowa rusza jego 140 hoplitów, 117 łuczników, 15 taranów i 4 medyków. Barbarita i Spartakus raportują że ich wojsko dotrze do bleidowa ok 23:10.
21:10, poniedziałek - znajduję rozwiązanie problemu braku punktów. na tej samej wyspie co tymczasowa baza Oddziału 3 (bleidów) i miasto ofiary (bald), znajduje się również miasteczko o nazwie "fajne miasto" które zamieszkuje Bogu ducha winny gracz - daniel14. Miasteczko nie jest chronione przez flotę, a w koszarach znajduje się... 2 procarzy. Idealny cel na okupację dla moich wojsk.
21:15, poniedziałek - w stronę "fajnego miasteczka" rusza armia złożona z: 200 hoplitów, 333 strzelców, 16 żyrokopterów, 7 katapult, 7 medyków i 26 kucharzy. Dobra kuchnia w wojsku to podstawa
21:20, poniedziałek - pojawia się kolejny problem - miasto z którego wysłałem armię znajduje się całą godzinę drogi dalej od celu, niż wojska Barbarity i Spartakusa. Do "fajnego miasteczka" dotrę dopiero ok 1 w nocy. Czyli kolejna noc zarwana. Ciekawe ile kawy jutro pójdzie w pracy....
22:00, poniedziałek - na stronie http://ikariamlibrary.com/?content=IkaFight robię symulację bitwy, która rozegra się wkrótce. Po stronie napastników wprowadzam Spartakusa, Barbaritę i wszystkie siły którymi w swoich okolicach dysponuje Bleid. Po stronie obrony wpisuję armię gracza daniel14. Według symulacji wspólne siły Spartakusa, Barbarity i Bleida bez problemu dotrwają do godziny pierwszej, kiedy na pole bitwy dotrą moje posiłki. Ufff... jest dobrze.
22:50, poniedziałek - jednak nie jest dobrze. Przed 20 minutami Bleid wysłał mi informację, że w mieście bleidów - naszej bazie, nie zebrał całej armii. Jestem zły na niego, że sam się nie domyślił co trzeba zrobić, i na siebie, że po prostu nie wydałem odpowiedniej instrukcji
ok.23:00, poniedziałek - informuję Bleida o tym że musi jak najszybciej zebrać całe swoje siły w naszej bazie - bleidowie.
23:10, poniedziałek - na http://ikariamlibrary.com/?content=IkaFight robię ponowną symulację bitwy, tym razem przy założeniu że na początku ruszają do ataku Barbarita i Spartakus, po 20 minutach dołącza Bleid, a po godzinie ja. Wszystko gra - wg. symulacji Spartakus i Barbarita utrzymają się do przybycia wsparcia. Daję sygnał do ataku.
23:20, poniedziałek - Barbarita informuje że musi się wylogować. Nic dziwnego, już prawie północ. Wkrótce Spartakus pisze że wojska daniela14 zdobywają przewagę w bitwie i pilnie potrzeba wsparcia
23:30, poniedziałek - tragedia. wojska które wysłał jako wsparcie Bleid... zostają zawrócone przez flotę daniela14!!! okazało się że Bleid wysłał armię na plądrowanie nie z naszej bazy (pozwoliłoby to ominąć statki daniela14), ale z innej wyspy!!! Jest w tym trochę mojej winy, bo ok. 23:00 wysłałem Bleidowi info, że wszystkie siły ma zebrać "w bleidowie" (miejscownik). Tyle że mianownik od "bleidowie" to zarówno "bleidów" (miasto gdzie wszyscy mieliśmy się zebrać!) ale też "bleidowo" (miasto gdzie Bleid wysłał swoje wojsko). Polska język - trudna język!
ok 00:10, wtorek - Emocje sięgają zenitu. Po zwiedzeniu całej Lambdy, a przynamniej dużej jej części wojska Bleida wreszcie docierają do celu ataku. W międzyczasie Bleid i ja zdążyliśmy się pokłócić i wymieniliśmy kilkadziesiąt szczerych do bólu uwag dotyczących naszych umiejętności dowódczych i wojskowych. Szczęśliwie podczas naszej pogaranki daniel14 nie zdążył zatłuc Barbarity i Spartakusa
1:17, wtorek - moje wojsko wkroczyło do "fajnego miasta". Na okupacji pozostawiam 50 hoplitów. Resztę armii pośpiesznie rzucam do miasta bald. Jeszcze tylko 15 minut i dołączę do wojsk Barbarity, Spartakusa i Bleida. Pozostawienie w "fajnym miasteczku" części wojska jest konieczne - gdyby ktoś podczas mojej nieobecności wyzwolił "fajne miasteczko", to całe moje wojsko wojujące pod baldowem uległoby rozproszeniu. Straciłbym też wszystkie łupy które zamierzam zrabować u daniela14. A mam nadzieję że będzie ich sporo. Dlatego poza armią do bleidowa wysyłam też dodatkowe 37 statków handlowych.
1:41, wtorek - wreszcie! Moja armia dociera do głównego celu. Dzięki temu zdobywamy wreszcie miażdżącą przewagę na polu bitwy.
Wspólnie z Barbaritą, Spartakusem i Bleidem zaledwie po 1 dodatkowej rundzie przeważamy szalę zwycięstwa na naszą stronę. W ciągu tej jednej rundy wojska daniela które wcześniej dzielnie się trzymały, zostały rozbite w pył! Poza 1848 WSL zdobywamy też górę surowców:
Łup Sandro
* Materiał budowlany: 8,047
* Wino: 52
* Marmur: 8,965
* Kryształ: 3,127
* Siarka: 5,807
Łup bleid
* Materiał budowlany: 3,868
* Wino: 25
* Marmur: 4,310
* Kryształ: 1,503
* Siarka: 2,792
Łup bleid
* Materiał budowlany: 7,583
* Wino: 49
* Marmur: 8,447
* Kryształ: 2,946
* Siarka: 5,472
Łup spartakus14
* Materiał budowlany: 7,118
* Wino: 46
* Marmur: 7,930
* Kryształ: 2,766
* Siarka: 5,137
Łup barbarita31 - 0
A graficznie przebieg naszych manewrów wygląda tak:

Barbarita nie zdobyła surowców, bo na pole bitwy wysłała tylko tyle statków, ile było potrzeba do transportu wojska. Za tak bohaterską postawę należy się Barbaricie godziwa nagroda.
Jak tylko nasze statki wrócą do macierzystych portów, wyślemy do naszej koleżanki paczki z prezentami
Recydywista Eminem
Po czteroletniej przerwie Eminem zaplanował w tym roku wydanie dwóch niezależnych płyt. Pierwsza "Relapse" wyszła 3 tygodnie temu, druga pojawi się zimą.
"Relapse" znaczy tyle co recydywa. Nazwa świetnie pasuje do zawartości płyty, udanie nawiązującej do najlepszych dokonań Eminema, czyli wszystkiego poza "Encore", który - przynajmniej dla mnie - był dużym zawodem. Eminemowi bardzo dobrze zrobiła dłuższa przerwa. Płyta, w odróżnieniu od ostatniej, sprawia wrażenie świeżej, niewymuszonej i stworzonej nie tylko po to, by osiągnąć sukces komcercyjny.
Jak zawsze, Eminem zmaga się tutaj ze swoimi prywatnymi demonami. Wcześniej były to głównie problemy rodzinne (konflikt z matką i byłą żoną), tym razem skupia się bardziej na swoim uzależnieniu od narkotyków, przez które zniknął ze sceny na ostatnie parę lat.
1. "Dr. West (skit)" - klasyczne dla Eminema rozpoczęcie płyty, tzw. "skit" - tym razem jest to trwająca 1:30 rozmowa między Eminemem i jego lekarzem. Póki co najlepsze intro na płytkach Slima. 5/5
2. "3 A.M." - mocny kawałek z charakterystycznym dla E'ma agresywnym rapem. Mocny, ale robiący odrobinę mniejsze wrażenie niż wgniatające w ziemię "White America" sprzed 7 lat. 4/5
3. "My Mom" - brzmi czasem jak zwolniony o połowę kawałek "Business" z płyty "The Eminem Show" - mojej ulubionej płyty Marshalla "Eminema" Mathersa. Trzyma poziom pierwowzoru, zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Eminem nic nie stracił ze swojego sarkastycznego, i miejscami brutalnego poczucia humoru - 4/5
4. "Insane" - Eminem bijąc się w pierś zaczyna rapować "I was born with a dick in my head". Potem kontynuuje samobiczowanie typowym dla siebie ciętym językiem - 3/5
5. "Bagpipes From Baghdad" - z tekstu jasno wynika że swego czasu E'ma łączyło coś Mariah Carey. Nic dziwnego, Marysia swego czasu lubowała się w romansach z raperami - 3/5
6. "Hello" - typowy, chociaż na niezłym poziomie rap E'ma, nawiązujący stylem do pierwszych dwóch płyt rapera - 3/5
7. "Tonya (skit)" - kolejny świetny skit o ofierze psychopaty; słuchając go wracam myślami do genialnego "Stan" sprzed...9 lat! Kurcze, ale ten czas leci... - 5/5
8. "Same Song & Dance" - muzyczna kontynuacja skitu "Tonya". Niestety znacznie słabsza niż "Stan" - 3/5
9. "We Made You" - singiel promujący płytę, do którego powstał typowy dla E'ma prześmiewczy teledysk, w którym raper pastwi się nad innymi gwiazdami. Niestety chyba ta formuła, wykorzystywana przez Eminema również na poprzednich płytach (dostało się m.in. Michaelowi Jacksonowi w "Just Lose It" i Moby'emu w "Without Me"), mocno traci na oryginalności i świeżości - 3/5
10. "Medicine Ball" - na szczęście po kilku słabszych utworach Eminem wraca do formy. Mocny rap i świetny refren "I guess it's time for you to hate me again" - 5/5
11. "Paul (skit)" - kontynuacja pomysłu z poprzednich płyt - Paul nagrany na sekretarkę telefoniczną - 3/5
12. "Stay Wide Awake" - kojeny świetny kawałek, w którym Em rapuje w dość nietypowy dla siebie sposób. Muzyczne tło trochę podobne do "White America". Całość brzmi naprawdę mocno i niepokojąco. 5/5
13. "Old Time's Sake" - podobnie do "My Mom" nawiązuje beatem i stylem do "Business", z odrobinę gorszym niż poprzednik skutkiem - 3/5
14. "Must Be The Ganja" - jeden z tysiąca skomponowanych w ostatnich 100 latach hymnów o marihuanie. Ani lepszy, ani gorszy od wielu innych - 3/5
15. "Mr. Mathers (skit)" - kolejny przerywnik, tym razem opowiadający historię ekipy pogotowia ratunkowego reanimującej zaćpanego... Eminema - 3/5
16. "Deja Vu" - kontynuacja ostatniego skitu - 3/5
17. "Beautiful" - bardzo nietypowy kawałek, miejscami ocierający się o soul & R'n'B. Jako jeden z nielicznych wyprodukowanych na płycie nie przez Dr. Dre, ale przez samego rapera. - 3/5
18. "Crack A Bottle" - pierwszy kawałek z płyty, który poznaliśmy na singlu już w lutym. Poza gościnnym rapem megagwiazd - 50 Centa i Dr. Dre, nie wyróżnia sie niczym szczególnym. 3/5
19. "Steve Berman (skit)" - kontynuacja utarczek słownych wydawcy płyt Steva Bermana i rapera Eminema. 4/5
20. "Underground" - idealne potwierdzenie zdania "last but not least". Ostatni i najlepszy utwór na płycie. Zupełnie niespodziewana aranżacja z chórem, której nie sposób znaleźć na poprzednich płytach artysty. Poza tym bardzo mocny rap Eminema i świetny, refleksyjny tekst. - 5+/5
Na płycie można znaleźć też 2 bonusy, z których pierwszy - "My Darling" wart jest wspomnienia. W tym kawałku Eminem toczy walkę na słowa (i nie tylko) z Demonem. Brzmi świetnie! - 5/5
Drugi z bonusów ("Careful What You Wish For") jest na niższym poziomie, co nie znaczy że nie może się podobać.
Co prawda "Relapse" nie jest płytą tak wyrównaną jak np. "The Marshall Mathers LP" czy "The Eminem Show", to zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Zwłaszcza druga połowa płyty sprawia, że odliczam dni do wydania "Relapse II". Jeżeli tamta płyta odpali tak, jak ta zakończyła, to będzie warto czekać do zimy. - 5+/5
"Relapse" znaczy tyle co recydywa. Nazwa świetnie pasuje do zawartości płyty, udanie nawiązującej do najlepszych dokonań Eminema, czyli wszystkiego poza "Encore", który - przynajmniej dla mnie - był dużym zawodem. Eminemowi bardzo dobrze zrobiła dłuższa przerwa. Płyta, w odróżnieniu od ostatniej, sprawia wrażenie świeżej, niewymuszonej i stworzonej nie tylko po to, by osiągnąć sukces komcercyjny.
Jak zawsze, Eminem zmaga się tutaj ze swoimi prywatnymi demonami. Wcześniej były to głównie problemy rodzinne (konflikt z matką i byłą żoną), tym razem skupia się bardziej na swoim uzależnieniu od narkotyków, przez które zniknął ze sceny na ostatnie parę lat.
1. "Dr. West (skit)" - klasyczne dla Eminema rozpoczęcie płyty, tzw. "skit" - tym razem jest to trwająca 1:30 rozmowa między Eminemem i jego lekarzem. Póki co najlepsze intro na płytkach Slima. 5/5
2. "3 A.M." - mocny kawałek z charakterystycznym dla E'ma agresywnym rapem. Mocny, ale robiący odrobinę mniejsze wrażenie niż wgniatające w ziemię "White America" sprzed 7 lat. 4/5
3. "My Mom" - brzmi czasem jak zwolniony o połowę kawałek "Business" z płyty "The Eminem Show" - mojej ulubionej płyty Marshalla "Eminema" Mathersa. Trzyma poziom pierwowzoru, zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Eminem nic nie stracił ze swojego sarkastycznego, i miejscami brutalnego poczucia humoru - 4/5
4. "Insane" - Eminem bijąc się w pierś zaczyna rapować "I was born with a dick in my head". Potem kontynuuje samobiczowanie typowym dla siebie ciętym językiem - 3/5
5. "Bagpipes From Baghdad" - z tekstu jasno wynika że swego czasu E'ma łączyło coś Mariah Carey. Nic dziwnego, Marysia swego czasu lubowała się w romansach z raperami - 3/5
6. "Hello" - typowy, chociaż na niezłym poziomie rap E'ma, nawiązujący stylem do pierwszych dwóch płyt rapera - 3/5
7. "Tonya (skit)" - kolejny świetny skit o ofierze psychopaty; słuchając go wracam myślami do genialnego "Stan" sprzed...9 lat! Kurcze, ale ten czas leci... - 5/5
8. "Same Song & Dance" - muzyczna kontynuacja skitu "Tonya". Niestety znacznie słabsza niż "Stan" - 3/5
9. "We Made You" - singiel promujący płytę, do którego powstał typowy dla E'ma prześmiewczy teledysk, w którym raper pastwi się nad innymi gwiazdami. Niestety chyba ta formuła, wykorzystywana przez Eminema również na poprzednich płytach (dostało się m.in. Michaelowi Jacksonowi w "Just Lose It" i Moby'emu w "Without Me"), mocno traci na oryginalności i świeżości - 3/5
10. "Medicine Ball" - na szczęście po kilku słabszych utworach Eminem wraca do formy. Mocny rap i świetny refren "I guess it's time for you to hate me again" - 5/5
11. "Paul (skit)" - kontynuacja pomysłu z poprzednich płyt - Paul nagrany na sekretarkę telefoniczną - 3/5
12. "Stay Wide Awake" - kojeny świetny kawałek, w którym Em rapuje w dość nietypowy dla siebie sposób. Muzyczne tło trochę podobne do "White America". Całość brzmi naprawdę mocno i niepokojąco. 5/5
13. "Old Time's Sake" - podobnie do "My Mom" nawiązuje beatem i stylem do "Business", z odrobinę gorszym niż poprzednik skutkiem - 3/5
14. "Must Be The Ganja" - jeden z tysiąca skomponowanych w ostatnich 100 latach hymnów o marihuanie. Ani lepszy, ani gorszy od wielu innych - 3/5
15. "Mr. Mathers (skit)" - kolejny przerywnik, tym razem opowiadający historię ekipy pogotowia ratunkowego reanimującej zaćpanego... Eminema - 3/5
16. "Deja Vu" - kontynuacja ostatniego skitu - 3/5
17. "Beautiful" - bardzo nietypowy kawałek, miejscami ocierający się o soul & R'n'B. Jako jeden z nielicznych wyprodukowanych na płycie nie przez Dr. Dre, ale przez samego rapera. - 3/5
18. "Crack A Bottle" - pierwszy kawałek z płyty, który poznaliśmy na singlu już w lutym. Poza gościnnym rapem megagwiazd - 50 Centa i Dr. Dre, nie wyróżnia sie niczym szczególnym. 3/5
19. "Steve Berman (skit)" - kontynuacja utarczek słownych wydawcy płyt Steva Bermana i rapera Eminema. 4/5
20. "Underground" - idealne potwierdzenie zdania "last but not least". Ostatni i najlepszy utwór na płycie. Zupełnie niespodziewana aranżacja z chórem, której nie sposób znaleźć na poprzednich płytach artysty. Poza tym bardzo mocny rap Eminema i świetny, refleksyjny tekst. - 5+/5
Na płycie można znaleźć też 2 bonusy, z których pierwszy - "My Darling" wart jest wspomnienia. W tym kawałku Eminem toczy walkę na słowa (i nie tylko) z Demonem. Brzmi świetnie! - 5/5
Drugi z bonusów ("Careful What You Wish For") jest na niższym poziomie, co nie znaczy że nie może się podobać.
Co prawda "Relapse" nie jest płytą tak wyrównaną jak np. "The Marshall Mathers LP" czy "The Eminem Show", to zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Zwłaszcza druga połowa płyty sprawia, że odliczam dni do wydania "Relapse II". Jeżeli tamta płyta odpali tak, jak ta zakończyła, to będzie warto czekać do zimy. - 5+/5
niedziela, 7 czerwca 2009
Najpiękniejsze wyrzutki świata
Podczas nagrywania ostatniej płyty Depeche Mode zarejestrowali w studio o wiele więcej kawałków niż ostatecznie trafiło na "Sounds of The Universe". W takich sytuacjach na płycie lądują zwykle najlepsze kompozycje. Nie tym razem.
W sobotę pierwszy raz przesłuchałem dodatkową płytę, która dołączana była do niektórych edycji "SOTU". Zawiera ona 5 premierowych nagrań, z których co najmniej 2 to skarby - "Ghost" i "Light". Pierwszy z nich to obok "Wrong" najlepszy utwór Depeszy jaki słyszałem od paru lat. Drugi również bije na głowę co najmniej połowę nagrań z "Sounds..."
Nie znaczy to wcale, że nagrania z oficjalnej płyty są słabe. Wręcz przeciwnie - są bardzo dobre i stają się lepsze z każdym kolejnym przesłuchaniem. A pomyśleć że na początku byłem prawie załamany płytą, od której oczekiwałem klimatu "Playing The Angel".
Podobnie czułem się w maju 1993 po pierwszym przesłuchaniu "Songs of Faith and Devotion", która za cholerę nie chciała być "Violatorem II" :)
W sobotę pierwszy raz przesłuchałem dodatkową płytę, która dołączana była do niektórych edycji "SOTU". Zawiera ona 5 premierowych nagrań, z których co najmniej 2 to skarby - "Ghost" i "Light". Pierwszy z nich to obok "Wrong" najlepszy utwór Depeszy jaki słyszałem od paru lat. Drugi również bije na głowę co najmniej połowę nagrań z "Sounds..."
Nie znaczy to wcale, że nagrania z oficjalnej płyty są słabe. Wręcz przeciwnie - są bardzo dobre i stają się lepsze z każdym kolejnym przesłuchaniem. A pomyśleć że na początku byłem prawie załamany płytą, od której oczekiwałem klimatu "Playing The Angel".
Podobnie czułem się w maju 1993 po pierwszym przesłuchaniu "Songs of Faith and Devotion", która za cholerę nie chciała być "Violatorem II" :)
środa, 3 czerwca 2009
Rok 2008 w muzyce - subiektywnie
A już myślałem że mi bloga Wielki Brat wykasował :)
Rok 2008 stał pod znakiem WIELKIEGO KRYZYSU, z którego mozolnie w tym roku się wygrzebuję. Na szczęście w muzyce działo się wiele dobrego.
Moje ulubione płyty 2008 roku:
1. "Hard Candy" Madonna - po fenomenalnej "Confessions on the Dancefloor" w rytmie disco, nie mogłem na początku oswoić się z ociekającą timbalandowym hip-hopem "Hard Candy". Jednak im dłużej jej słuchałem (a słuchałem najczęściej w całym 2008 r.), tym bardziej się w tej płytce zakochiwałem.
2. "This Delicate Thing We've Made" Darren Hayes - powtórka z 2007 r. Znowu drugie miejsce wśród najczęściej katowanych przeze mnie płytek. To się nazywa mieć pecha :)
3. "Viva La Vida or Death to All His Friends" Coldplay - tak jak w przypadku "Hard Candy", dopiero po jakimś czasie polubiłem tę płytę. Dziś uznaję ją za nalepszą w dorobku Coldplay
4. "Playing the Angel" Depeche Mode - ciekawe ile jeszcze lat nie opędzę się od tej płyty. Mogę to śmiało powiedzieć - dla mnie nr1 w całej dyskografii Depeszy! W tym miejscu przepraszam wszystkich "endżojów" :D
5. "E=MC2" Mariah Carey. Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że Mariah nagra świeżą i nieprzekombinowaną płytę pop, to bym go wyśmiał. Dla mnie najlepsze co zrobiła Mariah od czasów 1994 roku.
6. "Death Magnetic" Metallica. Po "St. Anger", największym gniocie jaki nagrali byli trashowcy, prawie postawiłem na nich kreskę. Na "DM" znalazłem jednak wszystko czego oczekiwałem od Metalliki - ciężkich riffów, mocnego głosu Jamesa, świetnych bębnów Larsa i SOLÓWEK Kirka. To nie prawda że Metallica skończyła się na "Kill'em All" :)
7. "Violator" Depeche Mode. Wcale się nie zdziwię, jeżeli znajdzie się również w moim TOP10 za rok... 2018. Ponadczasowa płyta.
8. "Metallica" Metallica - jak wyżej :)
9. "Good Girl Gone Bad" Rihanna. Co? Rihanna obok Metalliki!?! Pewnie dlatego że nie mogłem przez cały rok opędzić się od "Don't Stop The Music" i "Disturbia"
10. "Secret Voyage" Blackmore's Night - po ostatniej, średniej płycie, wspaniały powrót folk-rockowej ekipy Richiego Blackmore i jego blond-anioła.
Moje ulubione kawałki 2008 roku:
1. "4 Minutes" Madonna - kawał świetnego popu, fenomenalny teledysk, zdecydowanie największy hicior roku, mój ulubiony kawałek 2008 roku. Po "Hang Up" z 2005 roku i poprzedniej, fenomenalnej płytce ("Confessions...") zastanawiałem się, czym Królowa Pop może nas jeszcze zaskoczyć. I zaskoczyła współpracą z Timbalandem i Timberlakem. Strzał w dziesiątkę!
2. "Maybe" Darren Hayes" - kawałek z 2007 roku do którego najcześciej wracałem w 2008...
3. "Side Effects" Mariah Carey - dla mnie największe pozytywne zaskoczenie poprzedniego roku. Poza paroma kawałkami Mariah z początku lat 90-tych jej płyty nieodłącznie kojarzyły mi się z wykonaniem Hymnu przez niejaką Górniak :) A tu masz... niesamowity powiew świeżości, zero udziwnionych zabaw głosem - po prostu majstersztyk. Dodatkowo tekst "Side Effects" jakoś kojarzy mi się z moim życiem prywatnym.
4. "The Day That Never Comes" Metallica - kolejna wielka pozytywna niespodzianka, tym razem spod znaku "heavy". Kawał świetnej heavy-metalowej ballady z FENOMENALNYM antywojennym teledyskiem. Poziom prawie jak "One" z "...and Justice for All"
5. "The Unforgiven III" Metallica - część trzecia trylogii lepsza od "dwójki", a prawie tak dobra jak "jedynka"
6. "Lost" Coldplay - następcy U2 w wybornej formie. Dla mnie najlepszy kawałek na ich ostatniej płycie
7. "Violet Hill" Coldplay - pierwszy singiel z ostatniej płytki, chyba niesłusznie niedoceniony i bardzo w cieniu megahitu "Viva La Vida"
8. "Devil Wouldn't Recognize You" Madonna - jedna z najlepszych ballad w dorobku Madonny. Nie mieści mi się w głowie, że nie wydano jej na singlu. Byłby murowany hit.
9. "Cemeteries of London" Coldplay - trzeci kawałek Brytyjczyków w moim rocznym TOP10.
10. "Migrate" Mariah Carey - mocny hip-hop, bardziej w stylu Nelly Furtado niż Mariah. A głos Mariah - mocny i co najważniejsze bez udziwnień.
Rok 2008 stał pod znakiem WIELKIEGO KRYZYSU, z którego mozolnie w tym roku się wygrzebuję. Na szczęście w muzyce działo się wiele dobrego.
Moje ulubione płyty 2008 roku:
1. "Hard Candy" Madonna - po fenomenalnej "Confessions on the Dancefloor" w rytmie disco, nie mogłem na początku oswoić się z ociekającą timbalandowym hip-hopem "Hard Candy". Jednak im dłużej jej słuchałem (a słuchałem najczęściej w całym 2008 r.), tym bardziej się w tej płytce zakochiwałem.
2. "This Delicate Thing We've Made" Darren Hayes - powtórka z 2007 r. Znowu drugie miejsce wśród najczęściej katowanych przeze mnie płytek. To się nazywa mieć pecha :)
3. "Viva La Vida or Death to All His Friends" Coldplay - tak jak w przypadku "Hard Candy", dopiero po jakimś czasie polubiłem tę płytę. Dziś uznaję ją za nalepszą w dorobku Coldplay
4. "Playing the Angel" Depeche Mode - ciekawe ile jeszcze lat nie opędzę się od tej płyty. Mogę to śmiało powiedzieć - dla mnie nr1 w całej dyskografii Depeszy! W tym miejscu przepraszam wszystkich "endżojów" :D
5. "E=MC2" Mariah Carey. Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że Mariah nagra świeżą i nieprzekombinowaną płytę pop, to bym go wyśmiał. Dla mnie najlepsze co zrobiła Mariah od czasów 1994 roku.
6. "Death Magnetic" Metallica. Po "St. Anger", największym gniocie jaki nagrali byli trashowcy, prawie postawiłem na nich kreskę. Na "DM" znalazłem jednak wszystko czego oczekiwałem od Metalliki - ciężkich riffów, mocnego głosu Jamesa, świetnych bębnów Larsa i SOLÓWEK Kirka. To nie prawda że Metallica skończyła się na "Kill'em All" :)
7. "Violator" Depeche Mode. Wcale się nie zdziwię, jeżeli znajdzie się również w moim TOP10 za rok... 2018. Ponadczasowa płyta.
8. "Metallica" Metallica - jak wyżej :)
9. "Good Girl Gone Bad" Rihanna. Co? Rihanna obok Metalliki!?! Pewnie dlatego że nie mogłem przez cały rok opędzić się od "Don't Stop The Music" i "Disturbia"
10. "Secret Voyage" Blackmore's Night - po ostatniej, średniej płycie, wspaniały powrót folk-rockowej ekipy Richiego Blackmore i jego blond-anioła.
Moje ulubione kawałki 2008 roku:
1. "4 Minutes" Madonna - kawał świetnego popu, fenomenalny teledysk, zdecydowanie największy hicior roku, mój ulubiony kawałek 2008 roku. Po "Hang Up" z 2005 roku i poprzedniej, fenomenalnej płytce ("Confessions...") zastanawiałem się, czym Królowa Pop może nas jeszcze zaskoczyć. I zaskoczyła współpracą z Timbalandem i Timberlakem. Strzał w dziesiątkę!
2. "Maybe" Darren Hayes" - kawałek z 2007 roku do którego najcześciej wracałem w 2008...
3. "Side Effects" Mariah Carey - dla mnie największe pozytywne zaskoczenie poprzedniego roku. Poza paroma kawałkami Mariah z początku lat 90-tych jej płyty nieodłącznie kojarzyły mi się z wykonaniem Hymnu przez niejaką Górniak :) A tu masz... niesamowity powiew świeżości, zero udziwnionych zabaw głosem - po prostu majstersztyk. Dodatkowo tekst "Side Effects" jakoś kojarzy mi się z moim życiem prywatnym.
4. "The Day That Never Comes" Metallica - kolejna wielka pozytywna niespodzianka, tym razem spod znaku "heavy". Kawał świetnej heavy-metalowej ballady z FENOMENALNYM antywojennym teledyskiem. Poziom prawie jak "One" z "...and Justice for All"
5. "The Unforgiven III" Metallica - część trzecia trylogii lepsza od "dwójki", a prawie tak dobra jak "jedynka"
6. "Lost" Coldplay - następcy U2 w wybornej formie. Dla mnie najlepszy kawałek na ich ostatniej płycie
7. "Violet Hill" Coldplay - pierwszy singiel z ostatniej płytki, chyba niesłusznie niedoceniony i bardzo w cieniu megahitu "Viva La Vida"
8. "Devil Wouldn't Recognize You" Madonna - jedna z najlepszych ballad w dorobku Madonny. Nie mieści mi się w głowie, że nie wydano jej na singlu. Byłby murowany hit.
9. "Cemeteries of London" Coldplay - trzeci kawałek Brytyjczyków w moim rocznym TOP10.
10. "Migrate" Mariah Carey - mocny hip-hop, bardziej w stylu Nelly Furtado niż Mariah. A głos Mariah - mocny i co najważniejsze bez udziwnień.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)