poniedziałek, 17 maja 2010

Scorpions - nowa, fantastyczna płyta

Najsłynniejsza rockowa grupa z Niemiec największe sukcesy odnosiła w latach 80-tych, a złoty okres zakończył się dla niej wraz z wydaniem "Wind of Change" w 1990 roku. Wkrótce urodził się grunge, Nirvana i Pearl Jam, a popularność grupy, tak jak wielu innych "klasycznych" hard-rockowych zespołów, zaczęła szybko spadać.

Skorpiony, będące w latach 80-tych istną fabryką przebojów, dodatkowo pogarszały swoje notowania, nagrywając płyty coraz mniej strawne dla przeciętnego słuchacza rocka i zawierające coraz mniej tak charakterystycznych dla Scorpions rockowych hymnów.

Na początku lat 90-tych sam byłem wielkim fanem Scorpions. Klausa Meine i spółkę stawiałem w jednym rzędzie z moim ukochanym Queen. W moim magnetofonie kasetowym marki Hania nieprzerwanie wkręcały się pirackie kolekcje "Scorpions: The Best Of" firmy "Takt", na których najbardziej ukochałem sobie "Still Loving You", "No One Like You", "Always Somewhere", "Arizona", "The Sails of Charon" i "Rhythm of Love".

Moja miłość do zespołu opadła już wraz z płytą "Face the Heat" w 1993 roku. Spośród wszystkich 5 nowych albumów między 1993 i 2007 rokiem, za serce złapała mnie wyłącznie "Eye II Eye" z 1999 roku, zawierająca całkiem udane eksperymenty brzmieniowe i jedną z najlepszych kompozycji grupy - "Skywriter".

I wreszcie, 19 marca 2010 światło dzienne ujrzała "Sting in the Tail", najnowsza płyta Scorpions, a zarazem ostatnia którą zespół zamierza wydać przed pożegnalnym tournee i przejściem na zasłużoną emeryturę. Już pierwsze przesłuchanie albumu sprawiło, że poczułem tę samą energię, którą słyszałem w "Crazy World" z 1990 roku - ostatniej wielkiej i klasycznej płyty Scorpions.

"Sting in the Tail" to fantastyczny powrót do źródeł, który nie jest jednak odcinaniem kuponów od dawnej wielkości, ale przypływem nowej energii i jedną z najlepszych płyt w prawie 40-letniej karierze Scorpions.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz